czwartek, 15 marca 2012

bank to zło


Nie masz gotówki, masz kartę. Stoisz w centrum, bez fajek i bez biletu. Masz ciśnienie porównywalne z panującym w puszce sprayu. Spróbuj to rozwiązać...
W okolicy, ze dwa bankomaty. Jeden nie działa. W drugim nie mogłam wyjąć, bo jestem za biedna na ten kraj. Tu trzeba wyjąc pięć dych, żeby kupić bilet za 4zł. Litości. Przecież to jasne, że jak wyjmę to wydam, a jak wydam, to jak mam oszczędzać? No pomijając fakt, że są takie dni, kiedy nie mam nawet tyle, ale konia z rzędem temu, co zna bankomat z dwudziestkami... Chwila! Można przecież płacić kartą, no nie? No nie... Osiem kiosków później, doszłam do wniosku, że z grzeczności mogliby chociaż pod ladę pochować te terminale i poodklejać naklejki z szyb, skoro przyjmują wyłącznie gotówkę. Tak, w metrze też, co pewnie dla cudzoziemców musi być jakimś szokiem kulturowym. Dwa biletomaty, żadnego bankomatu i kompletny brak możliwości płacenia kartą. Z ciekawości, zapytałam w ostatnim, po co trzymać taką maszynę, skoro jej się nie używa? Szybko pożałowałam - Po co trzyma pani pieniądze w banku, skoro nie może ich pani wyjąć? Trafiła w sedno nieświadomie. Śmiali się kiedyś, z takiego jednego, wysoko postawionego (bo sam nie za duży jest), że nie ma konta. A ja mu się nie dziwię. Płacę za kartę, płacę za ubezpieczenie, cholera, płacę nawet za sprawdzenie stanu konta! Za wyświetlenie kilku cyferek, ja rozumiem, że za wydruk, ale tak? Chyba za zużycie prądu. Zastanawiałam się nawet, czy u nas w tych bankomatach nie siedzą jacyś nielegalni imigranci i te dodatkowe opłaty to na ich utrzymanie... Nie zdziwię się, kiedy nadejdzie taki dzień, w którym, żeby skorzystać z bankomatu, będę musiała do niego najpierw wrzucić monetę. Żadną tajemnica nie jest, że zakładając konto w banku i sumując wszystkie opłaty, wychodzi, że sponsorujemy kawę dla asystentek, nawóz do kwiatków w holu, i długopisy z logiem banku, których nawet już się nie da zawinąć po kryjomu, bo dają tylko na chwilę do podpisania.

Odkąd dowiedziałam się, że Lenin był kobietą i odbierał telefony słodkim altem, zaczęłam zastanawiać się nad równouprawnieniem. Bóg podobno też był kobietą. Bo nie rozumiem, co w tym złego, że pani minister chce być nazywana ministrą? Ładniej brzmi niż członkini. Na pewno? Generała jakaś tam, premiera jakaś tam, prezydenta, marszałka, no proszę... To brzmi jak jakaś lista towarzyska w burdelu...  Równouprawnienie, jest wtedy, kiedy kobieta wykonuje męską pracę, bez dostosowywania jej do swojej płci i na odwrót. Jeśli facet, chce zostać manikiurzystą, to po prostu to robi i musi liczyć się z drwinami. A jak kobieta idzie pracować w kopalni albo w wojsku, to zaraz robi rewolucje. Tu kwiatek, tu firankę, tu końcówkę na żeńską, tu stawkę podnieść... Pewnie dlatego zakonnice są tak odizolowane, żeby nie zaczęły prowadzić warsztatów z dekoracji wnętrz kościelnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz