piątek, 25 sierpnia 2017

Socjalizacja


Oglądam Warsaw Shore w ramach studiów socjologicznych młodzieży.
Oglądam Magdę Gessler odmalowującą polaków portret gastronomiczno-psychologiczny.
Wreszcie oglądałam przez osiem lat wszystkie części Shreka, szlifując dowcip.
Nadszedł czas na praktykę.
Oglądałam bardzo długo Szpital Królestwo. Grając w nim drugoplanową rolę. A więc, uczestnicząc.
Mam kilka wniosków. (samo to, że je mam oznacza, że jest to jednak coś wartego zrecenzowania)
Zapraszam.

Trzeba mieć zaawansowane stadium schizofrenii, żeby oddział psychiatryczny Ci w niczym nie pomógł. Albo nie zaszkodził...
Każdy kto tu trafia, choćby nie wiadomo w jak ciężkiej depresji, wylatuje przepełniony chęcią do życia. Przynajmniej przez same drzwi zabezpieczone domofonem i dziesięcioma kłódkami, bo potem zaczynają się schody. Dosłownie. Trzy piętra schodów. Winda jest dla sanitariuszy, pod warunkiem, że akurat działa.
Od początku.
Wyobraź sobie miejsce, w tym szarym, obłożonym mnóstwem obowiązków i konsekwencji świecie, miejsce, gdzie możesz robić wszystko co chcesz. Jeżeli nie zagraża to oczywiście Twojemu życiu. Znaczy to też możesz, jak lubisz poleżeć w pustym pokoju w przyciasnych szelkach. Sprzyja medytacji.
Możesz na przykład dłubać w nosie na środku stołówki i wycierać wszystko o krzesło. Nikt nic nie powie. Bo Pani Halinka nie mówi nic z założenia, Pani Irenka zajęta jest wyklinaniem sąsiadów, komunistów, hitlerowców i sanitariuszy. Pan Zbigniew obmyśla 50 sposobów na zabicie się łyżką, Pan Stefan udaje migrenę, żeby za wszelką cenę dostać się do zabiegowego (taki pokój w którym narkoman znajdzie Nirvanę) a pielęgniarki ganiają Babcię z pampersem.
Więc może i nie masz sznurówek, masło musisz rozsmarowywać łyżką, zabrali Ci ładowarkę, kible się nie zamykają, ale pozyskałeś wolność umysłową. Serio.
I możesz palić. To jedyny oddział szpitalny gdzie tego nie zabraniają, bo nikt nie zamierza ryzykować życiem za zdrowe płuca 20 wariatów.
Wolno Ci także zbuntować się i cierpieć. 24 godziny na dobę. Inaczej niż w domu gdzie zmywanie, pranie, sprzątanie i to Wszystko Co Musisz spada Ci na głowę codziennie. Możesz pomiędzy posiłkami (a te należy raczej spożywać, żeby nie zostać oskarżonym o zaburzenia odżywiania) leżeć jak ameba w wykrochmalonej pościeli. W dodatku zaryczana! Problem pojawia się dopiero w sanitariuszach i lekarzach którzy żeby Ci to leżenie i ubolewanie nad marnością obrzydzić, co 5 minut pytają „jak się pani czuje?”. Po godzinie zdrowiejesz, masz ochotę wstać i tańczyć na stole śpiewając Jak się masz, kochanie jaaaak się maaaasz, aaaa aaaa....
W pewnej chwili nawet zaczyna Ci się to podobać. Bo możesz. 
- jak się Pani dzisiaj czuje?
- jak niedożywiona, wyrzucona ze stada, obdarta ze skóry, przewieszona przez płot postawiony gdzieś na środku prerii, gdzie krajobraz spowija pył i spaliny ze starego dodge'a, fretka, której ktoś na wątłym ciele, sprayem ekologicznym napisał - odpad biologiczny.
- ach
Tak działa jawne cierpienie. Natomiast jeżeli przykryjesz się szczelnie kołdrą, udając, że Cię tam nie ma, wtedy sprowokujesz ich do szukania sposobu na przywrócenie Cię do żywych. Mogą na przykład wypuścić z izolatki dziewczynę, której jedynym zajęciem jest trzymanie pampersa lewą ręką a prawą sprawne przywłaszczanie napoi z cudzych stolików. To uczy empatii. Po 10 pogoni po oddziale w końcu machasz ręką. Niech ma coś z życia. Tobie i tak zaraz ktoś przyniesie milion butelek wody. I pomarańcze. I czekoladę. Tylko nie cholerną maszynkę do golenia, żeby móc w końcu na siebie patrzeć. W szybie. Bo lustra nie uświadczysz.
Wracasz więc do łóżka, po tej lekcji człowieczeństwa, która dla lekarzy świadczy o tym, że zdrowiejesz. Ledwo zaczynasz przytykać poduszkę, muskając ją płatkiem małżowiny, wtem starsza Pani obok w trzy sekundy wyrecytuje jak z automatu 50 razy „och jak by mi tak ktoś przykrył nóżki”. Nie zrobi tego tonem nawołującym sanitariuszy z odległych piwnic. Nie. To robi wołając z kibla o 1 w nocy. Teraz to wyszepcze. Wstajesz, przykrywasz, wracasz, nie zdążysz sobie nawet przypomnieć z jakiego powodu chce Ci się płakać, bo wołają na obiad.
Z miną Rambo, zdecydowanym krokiem, gotowy kroić po raz 10 to jajko łyżką, wkraczasz na stołówkę. A tam Pani Ania, rozładowuje Twój wkurw, ubrana w same skarpetki, w dodatku dwie różne, z kubkiem landrynek, pytając czy zdążyła na pociąg.
Jest też pora leków. Po tym łatwo poznać kto jest nowy. Na hasło „zapraszam po leki” świeżynki pędzą na złamanie karku jakby dawali kilogram kokainy za darmo. Ty, wiedząc już, że hydroxyzyna na Ciebie nie działa, powłóczysz jak zombie nogami, dźwigając uroczy, różowy, plastikowy kubek z wodą. Niektórzy udają, że śpią, żeby pielęgniarki znalazły ich same. Albo nie udają, tylko śpią naprawdę bo maja 80 lat i tydzień temu próbowali popełnić harakiri. Co niestety skończyło się jedynie nieprzyjemnym cewnikiem.
Zabiegowy w którym rozkładają straganik z lekami, ma magiczna właściwość. Za każdym razem kiedy zapytasz co to jest to różowe, albo to małe białe, które masz łyknąć, możesz mieć pewność, że zanim dojdziesz do sali zapomnisz tę nazwę. I możesz wracać dziesięć razy, powtarzać w myślach, przy dobrych wiatrach zapamiętasz pierwsze trzy litery. Próbowałam biegać z powrotem, żeby zapisać. Nie dało rady. Raz o mało nie staranowałam buntującej się na leżąco pod dyżurką Pani Irenki, co wytrąciło mnie ze skupienia. Innym razem z kolei tak skupiłam się na omijaniu przeszkód, że zanim dobiegłam już zapomniałam, bo moje myśli zajęła identyfikacja imion tych przeszkód. Więcej nie próbowałam, żeby się w oczy nie rzucać, bo szelek nie lubię.
Leki za to, nawet jeśli nie masz pojęcia jak się nazywają, mają zaletę kształtującą Twoją erudycję. Możesz w palarni z całym przekonaniem wykładać sposób w jaki działają, efekty uboczne i powody dla których zostały przepisane. Poważnie. Na oddziale znajdziesz mistrzów farmakologi psychiatrycznej. Jeżeli jednak jedynym słuchaczem Twoich deklamacji jest schizofrenik niemowa, który wszystko do jutra zapomni, nie szkodzi. Jutro zrobisz to jeszcze raz, a potem następny, za każdym razem ulepszając swoja retorykę. Cierpliwości i koncentracji uczy także terapia zajęciowa. Trzeba mieć jej całe pokłady, żeby nie zatemperowaną kredka pokolorować kolorowankę antystresową z detalami w rozmiarze pantofelka, nie powiększonego mikroskopem.
Albo rozmowy ze studentami.
Po szóstej takiej pogadance byłam w stanie powiedzieć im o co jeszcze powinni mnie zapytać, bo im umknęło a było dosyć istotne. Po ósmej chciałam już sama ten wywiad napisać, żeby już nie musieć czuć ich zagubienia i konsternacji lekarza.
Nadchodzi czas wypisu. Czekasz jak na maturze, paląc fajka za fajkiem. Bo nie powiedzą Ci – 14, idziesz do domu. Nie. Mówią – pewnie dzisiaj, po obiedzie. Czyli o 16. I nagle oto jest! Wypis! Czytasz, czy udało się zdać. Każdy podpunkt o zaburzeniu o poprawie czytasz jak Zwrotnik Raka w podstawówce, z wypiekami na twarzy. Udało się. Wolność. Wychodzisz, jakoś ot tak, prosto na ulicę. Ostatnia myśl jaka Ci towarzyszy to przegląd asortymentu IKEI pod względem estetycznych łyżek i paniczny strach, żeby nie rozwiązała Ci się sznurówka, bo nie pamiętasz już jak się je wiąże.

Wtem obowiązki i konsekwencje jawią Ci się jako lżejsze do niesienia, niż pościel zalana bimbrem pędzonym przez Panią Anię z landrynek.

wtorek, 26 listopada 2013

Vintage

Tak ogólnie, to ja się czuję młoda, no nie. Po schodach na to pierwsze piętro daję radę, zmarszczki mam tylko mimiczne, trądzik mi się już kończy, jak się umaluję to nawet mi oczko puszczają kasjerki na monopolowym kiedy próbuje kupić piwo, jestem w stanie nauczyć się nowych rzeczy w miarę sprawnie, no bo wystarczy mi tylko trzy razy wytłumaczyć co to jest taki śmieszny pilot do telewizora, którym się macha, zamiast wciskać guziki, powiedzieć, że to taki pegasus, który się zaciął i trzeba go naprawić i ja od razu wszystko rozumiem.
Nie mogę się jednak oprzeć natrętnej chęci, użycia przynajmniej raz określenia "za moich czasów". To sobie poużywam.
Za moich czasów...
Jak szłam do toalety w jakimkolwiek publicznym miejscu, to dało się tam umyć ręce swojsko, po domowemu. Dzisiaj, trzeba najpierw poprosić obsługę o instrukcję do kranu, albo spędzić pół godziny na rozpracowywaniu czujników, machając łapami w umywalce. I myli się ten, kto sądzi, że jest to jeden uniwersalny ruch. Raz trzeba pionowo. W innym centrum handlowym poziomo. W jeszcze innym należy poziomo, pionowo i się przedstawić, to w bonusie załączy się tez suszarka do rąk od razu. Po zeskanowaniu tęczówki i wyrecytowaniu z pamięci dwóch zwrotek Ody do radości, dostaje się przydział mydła i listek papieru toaletowego. Teraz już wiem, że Amerykanie mają na wszystkim instrukcje nie dlatego, że sa idiotami. Tylko dlatego żeby nie załatwiali potrzeb fizjologicznych w krzaczkach, kiedy zawieszą skomputeryzowany mechanizm podnoszący klapę od deski sedesowej.

Za moich czasów też, odkurzacz odkurzał. Co za głupota. Dzisiaj odkurzaczem można sobie zrobić pranie, wyczyścić panele ścienne, pozmywać naczynia, kota, dziecko. Składa się to pół godziny, rozkłada drugie tyle, a do odkurzenia jest tylko wysypana ziemia z doniczki. Gdzie się podziały stare, poczciwe Kaśki...

O, albo sprzęt do oglądania filmów. Kiedyś miałam video. Odtwarzało taśmy vhs i nagrywało. Czasami nie nagrywało, ale wtedy wystarczyło zakleić otworek w taśmie ukradzionej z wypożyczalni i znów nagrywało. Zwykle działało na pilota. To znaczy no, zdarzało się, że nie działało ale nie było takich fachowców co przychodzili i mówili "pani, to trzeba nowe kupić...". Nie. Oni to NAPRAWIALI. Takie starożytne słowo, o którym będzie później, anyway... Wiedzieliście, że do dzisiejszych odtwarzaczy dvd można gadać?! Za moich czasów, gadanie do sprzętu rtv/agd leczyło się psychotropami. Dzisiaj to norma. Nie wspomnę już o tym, że mają tyle wejść na najróżniejsze kabelki, karty i Odyn jeden wie, na co jeszcze, że zastanawiam się czasem, czy jak wsadzę w któryś palec niechcący, to na ekranie pokaże się projekcja moich myśli. Mój brat był poniekąd prekursorem tego trendu wszech użyteczności sprzętów grających. Kiedy miał niecałe dwa lata, wsadził figurkę Kaczora Donalda w to miejsce gdzie wkładało się taśmę, ciesząc się, że będzie oglądał bajkę...

Naprawianie. To taka prastara forma nekromancji. Czyli w skrócie - kiedy twoja dziewczyna się zużyje, nie wywalaj jej na śmietnik pochopnie, bo może wystarczy kilka technicznych zabiegów i będzie jak nowa.
To niestety zanika, tak samo jak zanikają profesje rzemieślnicze, wypierane przez masówki z Chin na gwarancji. Buty? Naprawiać? A po co, jak mogę wymienić zwalając zniszczenia spowodowane platfusem, na krzywy szew konających z głodu sierotek z Bangladeszu? Inna sprawa, że dzisiaj nie robi się nic na lata i tak, żeby dało się to naprawić. Wręcz przeciwnie. Inaczej nie potrzeba by tylu modeli jednego telefonu, różniących się milimetrami obudowy i niczym więcej. Smutne to trochę. Dlatego zbieram złom. I dlatego nie wywalam fajnych rzeczy. Ciągle wierzę, że ten boombox z piwnicy w kolorze neonowej czerwieni przyda się jakiemuś murzynowi na ramię.

Jedzenie. No niby nic, bo przecież jak się może zmienić krowa czy kura przez te 15 lat. Może. Dzisiaj jest kura light. Kura dla cukrzyków, alergików, choleryków, geniuszy, kura sojowa, ekologiczna, toksyczna. Jaka tylko chcesz. Podejrzewam, że robią tez kury genderowe. Żeby nie było dyskryminacji. Mleko na przykład, od krowy i nie od krowy. I to nawet nie to, że ono jest od kozy, czy innego ssaka. Bo nie wiadomo skąd, dopóki na kartoniku nie jest napisane Mleko od krowy. W wersji hardcore, jest to mleko od Szczęśliwej krowy. Wiadomo. Cena już wystarczająco dołuje, więc akcent optymistyczny jak najbardziej wskazany. Zdarzyło mi się kiedyś, kupić jabłko, przechuchać, obetrzeć jak leci i zjeść. "No co ty robisz? Ty wiesz co z tymi jabłkami teraz robią?" No nie wiem... Zrywają? Nawożą? Nawet jeśli odprawiają nad nim hinduskie mantry, to jest to nadal jabłko, jak sądzę. Otóż nie. Te jabłka są podobno opryskiwane GMO... Nie wiem, jak taka procedura wygląda, ale sądząc po zdjęciach zawartych na profilu lobbystów przeciwnych genetycznym modyfikacjom, to właśnie rośnie mi druga głowa i trzecia noga. Strach się bać. Za moich czasów, najlepsze ogórki rosły na krowich kupach. I nikt nie miał z tym problemu.

Za moich czasów również, dostęp do ogólnych wiadomości był ograniczony. Internet raczkował, bynajmniej, nie unosząc się na grzbiecie kota srającego tęczą. Za moich czasów, podwórka były szare, dzieci brudne i zasmarkane, w każdej sali wisiał krzyż i godło, a hymn państwowy odśpiewywało się w odruchu pawłowa pod pręgierzem dyrektorki. Bajka dla dzieci leciała raz dziennie. Później, kiedy był już regularny kanał z kreskówkami, trzeba się było kuć z angielskiego, żeby cokolwiek zrozumieć. Za moich czasów w szkole można było używać tylko głuchych telefonów z pudełek po maślance. Za moich czasów katowało się dzieci gorącymi bańkami na byle kaszel. Za moich czasów, dentysta nie puszczał bajek i nie nosił śmiesznych masek, tylko rwał obcęgami na żywca. Za moich czasów...

To nie istotne. Co było kiedyś. Istotne jest to, co jest tu i teraz. I ani wybieganie w przyszłość do latających samochodów i rzeczowych obrad sejmu, ani wracanie do powozów konnych i publicznego wieszania nie jest wyjściem.
Chociaż gdybym miała wybierać... to pewnie założyłabym satynową pepitkę, nylonowe ryże rajstopy, pantofle na słupku i poszła słuchać Gillespie'go.




niedziela, 10 listopada 2013

Brzydkie słowa, ładny świat.

Mam do zrobienia kilka ważniejszych rzeczy, to dlatego mam czas żeby coś napisać.
Posprzątałam już łazienkę i posegregowałam skarpetki, zostało mi tylko to. Każdy wie, że ważniejsze rzeczy zawsze czekają i nic specjalnego im się nie dzieje w związku z tym.
Cenna rada nr1 - jak by ktoś miał sesję kiedyś i nie wiedział co ze sobą zrobić, to polecam grę w pchełki, folię bąbelkową, temperowanie ołówków nożykiem do papieru albo celowanie gumową piłeczką we włącznik światła. Ostatnia umiejętność wytrenowana do perfekcji przydaje się tym, którzy mają komputer zsynchronizowany z łóżkiem.
Ja na przykład mam. Dzięki temu z przerażeniem odkryłam, że w sieci jest coraz więcej dzieci. I to nie tych neostrady. Tych dzieci dzieci. Sześcio i siedmioletnich. Ratuj sześciolatki od szkoły, żeby założyć im profil na FB. Ja wiem, że może szkoła już tak bardzo nie uczy życia, bo ono się do sieci przeniosło, ale bez przesady.
Potem jest wielki dramat, bo się dzieciak uzależnia od reklam i gier z dużą dawką przemocy. Jak na przykład te o opętanych kucykach, albo koteczkach szatana. Tak. Nic tak bardzo nie szkodzi dzieciom, jak wszystko to, co jest do nich kierowane. Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna. Po której zapewne rodzice szturmem ruszyli do śmietników z workami zabawek, oraz nabyli Max'a Payne'a i zarejestrowali pociechy na fejsie ze słowami "Masz i siedź tu tak długo, dopóki nie wybijesz sobie z głowy demonicznych kreskówek i rakotwórczych klocków z chin. Nie zapomnij o tym napisać statusu z błędami ortograficznymi, bo nic tak nie dokształca jak atak trzynastoletnich, zaprawionych w bojach trollów"
Moja wersja zakłada, że najbardziej to jednak rodzice tym dzieciom szkodzą. Nawet jeśli cytat wyżej był nieco przesadzony.
Szkodzą im, kiedy w szale poglądu, że dziecko to taki mały dorosły usiłują z niego robić dorosłego małego.
To nie szkoła. To wy, my, rodzice zabieramy dzieciom to co najlepsze.
Nie jestem wzorową matką. Jestem Chujową Matką Roku. Ale zwracam uwagę na pewne rzeczy.
A wyjątkową, na bluzgi.

(tak, Ty! czytaj do jasnej cholery, zanim zacznę Cię tłuc chodakiem! przyp. red.)

"Ale ono nie powtarza przecież"
"Ale ono nie rozumie"
"Ale to takie śmieszne, jak mówi 'kulwa'"
"Ale to wolno dorosłym a co wolno..."
Ale, żeby cię kiedyś nie przerosło twoje wyimaginowane poczucie bezkarności.
Czym skorupka za młodu? Tak?
Teraz nie powtarza, ale jak będzie miało szesnaście lat i puści wiązankę, za którą dostanie po twarzy, to sorry, ale to będzie twoja porażka. Wulgaryzmy, chcąc nie chcąc, są jednak nacechowane pejoratywnie. I o ile my dorośli, potrafimy wychwycić cynizm i ironię, to dzieci nie do końca. Zanim rzucisz mięsem przy dziecku, wyobraź je sobie jako osiemnastolatka, który z zachwianym przez nieuważny język rodziców, poczuciem własnej wartości wycina sobie pentagramy na czole. Tulipanem z butelki po jabolu. W ciemnej piwnicy.
I to nie tyczy się tylko tych powszechnie uważanych za przekleństwa słów. Moje dziecko, na przykład, wciąż maniakalnie i publicznie poprawia dorosłych. A ja jej na to pozwalam. Nie mówi się "dupa" a "pupa", nie "cycki" a "piersi", nie "rzygać" a "wymiotować". I to tylko po to, żeby wyeliminować negatywny wydźwięk umiejscowiony tam, gdzie go kompletnie nie trzeba. Jeszcze sama dojdzie do tych słów i będzie ich używać świadomie. Znając synonimy. Nasz język jest bogaty i nie warto go tak okrajać.
I żeby było jasne. Używam wulgaryzmów. Jak chcę, to mogę nawet jak szewc. Umiem. Lubię też, kiedy przywalę tym newralgicznym miejscem na stopie w futrynę, posłać tak zwaną kurwę. W nieboskłon. W myślach. Soczyście. Pod nosem. Albo na głos. Ot tak.
Ale niech mi ktoś wytłumaczy, czemu ludzie ślą je co przecinek, mając palce w butach i z dala od niebezpiecznych przeszkód?

To by było na tyle, jeśli chodzi o poważne rzeczy. Teraz dla rozładowania napięcia, przedstawiam niecenzuralny skrót wiadomości. Dla tych którzy nie zrozumieją, oparłam się na Wiadomościach GW

* Smoleńsk, kurwa! Rzygamy tym wszyscy, łącznie z Komisją która na ostatnich obradach, przytruła się chińskim żarciem, zamawianym przez anonimowego posła PO. Poseł PiS o sprawie: - To zajebiście niepatriotyczna postawa.

* PiS świętuje kolejną miesiączkę smoleńską.

* Orzeł może. Kto mu kurwa zabroni? Interes społeczny leży i płacze. Bo nie może.

* Komorowski: - Nie ma łatwych koalicji. Tylko czasem wina brak.

* Haiyan przypierdolił w Filipiny. W Tacloban chcą wprowadzić "stan wojenny", ale Jaruzelski wyjebał telefon przez szpitalne okno tydzień temu. Do dziś komórki szuka ABW.

* Bułgarzy mają dość. "Postawimy drugi mur chiński na granicy z Turcją". Materiały na ogrodzenie sponsoruje firma COVEC, która zasłynęła między innymi zjebaniem autostrady w Polsce.

* Ekskluzywne fotki z 5+1 w Genewie, tylko u nas. Rowhani: - Pocałujcie mnie w dupę. Nie straćcie wyjątkowej okazji.

* Watykan nadal milczy w sprawie pedofilii. Jak pies je, to nie szczeka.

Prognoza pogody na 11.11.2013
Wiatr zachodni, spienione goni fale i zapierdala z prędkością 6km/h. Od wczesnych godzin porannych nad Warszawą roztoczy się zajebista mgła. Rada dla kierowców - ni chuja, nie widać. Ciśnienie w porze obiadowej wyniesie 1010 hPa i u wyjątkowo wrażliwych spowoduje kurewską migrenę, depresję i kaca. Deszcz będzie. Czego się kurwa spodziewałeś? Jesień jest. To dobra wiadomość dla Szarych Szeregów - jutrzejszy marsz odbędzie się pod znakiem parasola. Generalnie, to dojebało niżem i powietrzem polarnomorskim, więc w trampkach nie pobiegasz. Siedź w domu i nakurwiaj na konsoli.

Żegnam się z Państwem, dziękuje za uwagę. Polecam umiarkowaną i wyważoną wulgarność.
















sobota, 5 października 2013

Autumn guide

Świat jest piękny no nie. Ludzie cudowni. Jesienne spacery, bieganie po parku...
I nagle kończą się psychotropy.
...w szarych, śmierdzących gumiakach, depcząc niewinne i bezbronne dżdżownice. Podczas gdy bura breja leje ci się za kołnierz foliowego płaszcza przeciwdeszczowego, za 5,99 z dyskontu.

Przesadziłam z tymi psychotropami. Ale jak ktoś mi powie, że nie wie o czym mówię, to osobiście polecę go mojemu terapeucie, jako ciekawy przypadek toksycznego optymisty. To znaczy, poleciłabym, gdybym go miała. Ale nie mam. Ostatni poleciał do San Francisco, żeby osobiście rzucić się ze słynnego Mostu Samobójców wprost do mrocznych wód skundlonego Pacyfiku.
Do meritum.
Hormon szczęścia nie istnieje. To wszystko kit. Są tylko narkotyki. Z dwojga złego, lepiej stać się gburem o usposobieniu niewyspanego Shopenhauera niż prostytutką na dworcu. Czyli przeczekać ten okres. Z dala od ludzi, z dala od świata, od ćwierkających ptaków, kolorowych witryn sklepowych i tych wszystkich, innych rzeczy, które ludzie z jakiegoś powodu uznają za przyjemne.
To nie łatwe. Zwłaszcza gdy masz telewizor. Ja nie mam, ale umiem sobie wyobrazić, że mam. Tak samo dobrze, jak wyobrażam sobie, że obok mnie leży półnaga Milla Jovovich...
Więc masz telewizor i chcesz przetrwać okres przyciasnej esencji egzystencjalnej, uwierający cię szew społeczeństwa oraz o rozmiar za małą wyporność na koleje losu.
Świetnie! W takim razie, powiem ci co robić. Nie mogłeś trafić lepiej.

Co z tym telewizorem?
Wyrzuć. A jeśli kosztował 3 wypłaty i pół renty babci, to przetnij kabel. Tym razem, nie chodzi nawet o wątpliwe wartości serwowane w tym urządzeniu. Chodzi o to, że w stanie, w którym prawdopodobnie teraz się znajdujesz, reklama środków na przeczyszczenie, podpasek, albo inny Zygmunt Chajzer mogą wywołać nieopisaną i niebezpieczną melancholię. A jeśli należysz do tych, których wkładki o zapachu rumianku jednak nie wzruszają, to możesz z kolei paść ofiarą niezdrowego zaangażowania. Objawia się ono nagłą troską o losy bohaterów M jak Miłość, lub spisywaniem na kartce wszystkich produktów oferowanych na kanale z telezakupami. Kolejny stopień, to już tylko EzoTv.
Załóżmy jednak, że i telewizor i kabel są ze szczerego złota, a ty jesteś bezrobotny i chciałbyś je kiedyś sprzedać. Jak tylko oczywiście, skończy się jesień, bo kto by chciał biegać po paserach przy panującej aurze pogodowej.
Za żadne skarby świata, przenigdy, broń panie boże wszelkich wyznań - nie włączaj programu ZenTv.
Wierz mi, słuchanie przez godzinę wodospadu, nagranego jakimś pioruńsko włochatym i rzężącym mikrofonem, jest jak harakiri popełniane grzechotką dla niemowląt. Tak samo, jak oglądanie łysego pana, który za cholerę nie może sie zdecydować w którą stronę zagrabić ten piekielny ogródek z głazami narzutowymi na środku. Po 10 minutach, zaczynasz mu kibicować. Ale już po 30, krzyczysz "w lewo! baranie, w lewo!", po to tylko, żeby po 60 wyjść do kuchni i nerwowo zerkać zza futryny, jak gdyby od niechcenia, czy juz mu się udało, czy może jednak nie. Odradzam. Stanowczo.
Animal Planet też. Może się okazać, że niektóre zwierzęta mają ciekawsze życie towarzysko-seksualne niż ty. To tylko pogłębi twój stan rezygnacji.
Jeśli już musisz coś oglądać, niech to będzie coś lekkiego. BabyTv. Dokształcisz się językowo, matematycznie, plastycznie a nawet rozwiniesz na poziomie podstawowym zasady koegzystencji z ludźmi, co w tym przypadku może być niezwykle pomocne. Do tego muzyka. Żadnych złamanych serc w tekście, żadnych dramatycznych zwrotów akcji. If you happy and you know it, clap your hands...
I tak sto razy pod rząd. Kojące.

Nawet bardzo ignorowani ludzie, czasem nie zauważają, że są ignorowani. Jak sobie z tym poradzić?
Mogą zadawać niezręczne pytania, szczególnie przez komunikatory internetowe, bo wtedy nie widzą twoich zbolałych życiem oczu i zgarbionych pod ciężarem tony melancholii ramion.
Możesz ignorować ich dalej.
Możesz też powiedzieć, że twój kot/rybka/prusak właśnie zdechł i odezwiesz się, jak tylko dojdziesz do siebie. To jest działanie długoterminowe. Za każdym następnym razem, przez co najmniej dwa miesiące, możesz mówić, że on nadal nie żyje i to nie jest dobry moment.
Chyba, że będą proponować pracę. To wtedy nic nie mów.
Możesz także, przyjąć strategię absolutnej szczerości. Przykład:
- co słychać?
- tętent galopujących mi przez głowę czarnych myśli. A w tle, jakby bas z jęków nadwyrężonej duszy, co i rusz przerywany rytmicznym dudnieniem otchłani samotności, która pożarła do reszty wszelki zdrowy odruch w mym umęczonym umyśle.
Masz z głowy następnych pięć pytań.
Zdarzają się tez ludzie, którzy za wszelką cenę będa próbować cie uszczęśliwić i rozbawić, tak jakbyś właśnie na to, przez całe swoje życie miał ochotę, ale jeszcze nikt nie był w stanie ci tego zapewnić. Cóż...
Just... don't.
Popij cynizm gorącą czekoladą, przełknij i zapomnij, że go masz. Używanie go na ludzi, wyglądających jak by przed chwilą przemierzyli tęczowe niebo, na fioletowym jednorożcu, ozdobionym balonami i pachnącym truskawką to strata czasu. Po prostu odwróć się i zacznij biec. Jeśli nie należysz do tych szczególnie zamkniętych introwertyków, możesz tez spróbować krzyczeć w biegu.
Niestety nie sposób jest odizolować się zupełnie od innych ludzkich istnień, a zamykanie się w tapczanie może być ryzykowne. Dobrze jest po prostu nie ruszać się z domu i rozładować telefon.

Odcięliśmy się już od świata i ludzi, więc zagadnienia najważniejsze zostały omówione. Przejdźmy do zaopatrzenia praktycznego.
Duża i brzydka piżama jest jak najbardziej na miejscu. Po pierwsze - za każdym spojrzeniem w lustro, upewniasz się, że jesteś właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu. Czyli spełnionym. Po drugie - kiedy przyjdzie ci otworzyć drzwi listonoszowi, lub jehowym (choć z nimi może być trudniej, wszak miłość ślepa jest, piekło tym bardziej) zmniejszasz prawdopodobieństwo, że po wstępnych niezręcznościach, nabiorą ochoty na dalszą konwersację. Po trzecie, wreszcie - zwiększa ona komfort tarzania się w pościeli, zawijania w koc, wysmarkiwania nosa w co popadnie i paprania się czekoladą i/lub innymi zdrowymi przekąskami.
Alkohol. Możesz sobie na niego pozwolić, tylko pod warunkiem, że po jednym piwie śmieszy cię najnowsza kolekcja z tygodnia mody w Paryżu, ryczysz ze śmiechu przy czytaniu Kafki, oraz nie jesteś w stanie wyjąć DVD Monthy Pytona z pudełka, bo masz odrętwiałą od uśmiechania się twarz, na dziesięć minut przed sięgnięciem po nie. W przeciwnym razie, polecam odstawić napoje wyskokowe kompletnie. Twoja była/y na pewno nie lubi telefonów w środku nocy, ludzie na forum na pewno nie zrozumieją twojego czarnego poczucia humoru a stare kawałki Metallici na pewno nie są już tak smutne, jak w liceum.
Folia bąbelkowa. Domki z kart. Domino. Puzzle. Wszystko to, co studenci robią w trakcie sesji. Niech stanie się twoim hobby.
Lodówkę należałoby zaopatrzyć już jakoś pod koniec lata. Jeśli jest to jednak niemożliwe, dobrze jest mieć kogoś, do kogo można zadzwonić (w tym kryzysowym i wyjątkowym momencie) i porozumiewając się milczącą ciszą z dyszącym oddechem, dać mu do zrozumienia, że wystąpiła nagła potrzeba. Jeśli to przyjaciel, to po dodatkowym chlipaniu i pociąganiu nosem, powinien zjawić się godzinę później z torbą jedzenia i papierosów. Po czym bez słowa udać się w swoją stronę.
Jeśli zamierzasz czytać, zadbaj o to, żeby książka miała powyżej tysiąca stron, lub składała się z przynajmniej pięciu tomów. Tu idealnie sprawdza się najnowsze wydanie encyklopedii lub Norman Davies. Nawet nie wyobrażasz sobie ile tragicznych, mrocznych, brudnych, okrutnych i negatywnie nastrajających inspiracji tam znajdziesz. Istne SPA dla ciała i duszy. Studium Pesymizmu Absolutnego.
I zasada K6 (nie, nie rzucamy kostkami)
Koc. Kot. Książka. Kolacja. Katharsis. Konkluzje.

W razie pytań i wątpliwości, infolinia z Dr.Lilou, znakomitym konsultantem ds.Ekstremalnych Form Intensywnej Kontemplacji i Afirmacji Marności jest czynna całą dobę.
Wiadomości można kierować na maila.
Możliwe konsultacje prywatne. Koszt pakietu indywidualnego "Twoja domowa pustelnia" to czteropak i dwie czekolady.







środa, 18 września 2013

Myśli na wagę.

A teraz wyobraź sobie, że cała porządna literatura zniknęła wraz z inspiracją i nie ma na świecie żadnej kopalni błyskotliwych cytatów...
Lubię poczytać mądre rzeczy. Czasem jednak, jeszcze bardziej lubię czytać rzeczy pseudomądre.
Nie ma nic fajniejszego, od zbioru "życiowych cytatów" które cieszą się powodzeniem na takim jednym portalu społecznościowym. Poważnie. Trzeba być geniuszem, żeby zwrócić uwagę na tak bezsensowne sformułowania, a jeszcze większym, żeby je kilkoma kliknięciami w fotoszopie wkleić w obrazek z netu. Miód na moje oczy.
Dosłownie.
I kilogram pierza.

Mam swój Top Ten. pozwolę sobie je zaprezentować i krótko omówić. (Zabrzmiało to tak poważnie, jak naukowe opracowania na stronie BlackBoardsInPorn Nie znacie? Polecam.)

10
Całe dwadzieścia siedem lat życia, byłam pewna, że jak mi ktoś utnie rękę, to odrośnie. Gdyby nie ta złota myśl, pozostałabym w nieświadomości.
Nawet jak się nie pozbiera to nie będzie taki sam, bo każda akcja wywołuje reakcję, każda przyczyna ma swój skutek, a skutek przyczynę. Człowiek zastanawiający się nad sobą, doskonale wie, że nie trzeba mu zadawać ciosów, żeby cokolwiek się zmieniło.
Z drugiej strony, jak sobie czasem popatrzę w szklane pudło, to odnoszę wrażenie, że spore grono bogatych i sławnych ludzi, im bardziej jest w stanie pozbierać się po kolejnej operacji naciągania czegoś, tym bardziej pozostaje na tak samo niskim poziomie. Bezmyślność jest constant. Choćby cię i pół świata skopało.


9
Więc wstał i przykuł ja do kaloryfera. Nie okazała się jednak zachwycona tym rozwiązaniem, ponieważ lekko zapędziła się w wymuszaniu reakcji, histerią i szantażem. Normalnemu, zdrowemu i inteligentnemu facetowi, jak powiesz "Odchodzę", to otworzy ci drzwi, pomoże z walizką i da drugie śniadanie na drogę. I tak ma pozostać. To nie telenowela z intrygami.
Nadal dominuje przekonanie, że dla dobra miłości, należy kogoś trzymać siłą. Jak szczęście, to tylko po grób i tylko z nią. Żywą/ym, bądź martwą/ym. Tego chcę. 


8
Brzmi jak groźba.
Ja tam się przestraszyłam, całkiem na serio. Przede wszystkim z powodu konstrukcji nie zakładającej żadnej alternatywy. Wychodzi na to, że należy olać własną, nie zdaną maturę. Tym bardziej się przestraszyłam, bo niebezpiecznie mnie to dotknęło.
Jako perfekcjonistka, powiadam wam, bredzą. Rozpadniesz się na kawałki dopiero wtedy, kiedy przestaniesz dostrzegać porażki i nad nimi pracować. No i jeszcze jak wpadniesz pod kombajn, to wtedy też.


7
A dojrzały partner wie czego chce i nie wciska ci kitu, że twoje małe cycki są idealne, równocześnie śliniąc się na samo wspomnienie o Eden Adams. If you know what i mean.
Wygląd nie ma wyłącznego znaczenia, owszem. Ale jeśli ktoś ma sprecyzowany gust, to nie mamy prawa wytykać mu niedojrzałości.
Żeby do tego dojść, trzeba jednak przejść przez wszystkie klasy gimnazjum...


6
No po plecach nie podrapiesz.
Można nauczyć się całych wersetów Norwida. Wykuć na pamięć erotyki Goethego. Ale czym są puste słowa, bez poparcia gestem. Rozmowa tworzy materiał. Z materiału budujesz własnoręcznie most. Żaden z tych elementów oddzielnie, nie stworzy przejścia.
Słowami tez można manipulować. Nawet sprytniej niż dłońmi.



5
Fuckin brilliant.
Słyszałam o dedykacji utworów disco polo, o dedykacji utworów literackich, o dedykacji na płycie a nawet o dedykacji na cyckach. Ale żeby tak zaraz ryczeć z czyimś imieniem na ustach?
To tak jak obwiniać kogoś za wilgotność powietrza w dżungli amazońskiej. 
Ogarnij się, pozbieraj chusteczki a potem przejdź do rozdziału pod tytułem "Nikt nie może cię pokonać, poza tobą" i zacznij żyć w zgodzie z ludźmi, budując zrozumienie zamiast wystawiania zaświadczeń z opinią.


4
To z cyklu "Jak przysporzyć schizofrenii. Związki. Część pierwsza."
Czy ja na prawdę muszę jakkolwiek to komentować?
"Gdy komuś na tobie zależy, nie pozwoli ci nie jeść brokuła. Będzie się starał tak długo, aż pozbędziesz się uczulenia na niego."






3
W życiu się tak nie cieszyłam.
Gdybym mogła usłyszeć, pewnie ogłuszyłabym się o dwie minuty szybciej, niż Pan Blond był w stanie odciąć ucho policjantowi we Wściekłych Psach.
To co myślisz, powinno być chamskie, to co mówisz, mieć klasę, albo sznyt. Zwłaszcza kiedy jesteś kobietą. W przeciwnym razie, pod maską zionie pustką.


2
o_O
Nie. Ta cecha to głupota. 
Warto to rozgraniczyć, dla nie wprawionych. Nie jest szczerością powiedzenie komuś "Masz brzydki ryj". Szczerość jest wtedy, kiedy powiesz "Nie mogę na ciebie patrzeć". To zasadnicza różnica.
Poza obelgami, istnieją także uzasadnienia...



1
Eat a Snickers. Better?
Szalenie współczuje naiwności pozwalającej na bezmyślne zawieranie znajomości, żeby nie wspomnieć o "przyjaźniach", z byle kim. Warto może dodać, że diamenty, można przeoczyć, kiedy nie umie się ich oszlifować. A jesiennych liści nie ma na pewno na Antarktydzie.




A teraz śmiało. I ty możesz zostać Paulo Coelho internetu.




poniedziałek, 2 września 2013

Razem, ale osobno.

O związkach chętnie wypowiadają się wszyscy. Partnerskich, homoseksualnych, poligamicznych, monogamicznych, małżeńskich, udanych, nieszczęśliwych, otwartych, toksycznych... O związku radzieckim też.
Na świecie żyje około 7 miliardów ludzi. Codziennie rodzi się około 370 tysięcy, a umiera 160 tysięcy. Każdy z tych ludzi, jest jedyny w swoim rodzaju, jak płatek śniegu.
Czy to naprawdę kwestia legalności związku, na jaki się decydują jest tak ważna? Czy raczej chodzi o to, że płatki śniegu, rysuje się zwykle tak samo, jako kropki, gwiazdki, żeby nikt nie miał problemu z odbiorem?
Nie chcę poruszać tematu gejów i lesbijek, bo mnie już od tego mdli. Nie zajmę stanowiska w tej sprawie, dopóki konserwatyści i liberałowie wyłażą mi z lodówki, krzycząc TAK! i NIE!. Zajmę je dopiero wtedy, kiedy już wszyscy o tym zapomną, wałkując inny temat w Świętym Medium Telewizyjnym. Mogę jedynie wtrącić taką małą uwagę, że ani zdanie Biedronia ani zdanie posłanki Pawłowicz nie ma mocy sprawczej i na moje osobiste związki przenigdy nie wywrze wpływu. Bo i jak? (skoro ich nie mam, buahaha...)
Jak uregulować prawnie, albo mocą bożą linię styku dwóch oddzielnych bytów? Nie nażarłam się wcale podejrzanych tabletek z apteczki. Ja to tak widzę. Nie ma związków, są linie styku. Trwałe, trwalsze, zupełnie nietrwałe, regularne, okazjonalne, różne i na różnych płaszczyznach. Związek, to właściwie nie ładne słowo nawet. Nakazuje związanie, zniewolenie, zupełnie nie kojarzy się z nawiązywaniem relacji, raczej z wiązaniem supła. Gordyjskiego.
Nie jesteśmy maszynami, tylko nasze organizmy są. Twoje "ja" to czysta energia upchnięta w kilkudziesięciu kilogramach technicznej konstrukcji (nadal utrzymuję, że nie łykałam żadnych tabletek). To ciało, rodzi oczywiście pewne ograniczenia. Ba! Niektórym nawet przesłania całą resztę a jeszcze inni, sami się w nim zamykają, bojąc się być tą odmienną gwiazdką śniegu na zimowym rysunku.
Nie ma właściwego uniwersalnego schematu na relacje. Nie może być.
Nie można nikogo postawić i kazać mu stać w jednym miejscu. Chyba, że sam się na to zdecyduje. Wydaje mi się jednak, że wielu decyduje o tym nieświadomie. Decyduje także pod presją spełniania oczekiwań. Bo tak jesteśmy kształtowani.Wpaja nam się, że wzajemność polega na "ja się wypatroszę i ty tez musisz w zamian".
Wzajemność linii styku, moim zdaniem, polega na tym, że jesteś sobie dla siebie, a tym czego się dorobisz wewnętrznie, możesz się podzielić. Czym się podzielisz, kiedy na wszystko pracujesz z kimś? Jeśli każda opinię, każde zdanie, każdy krok i każdą myśl, podzielisz na dwa, to po pewnym czasie, ciebie zostanie w tym tylko tyle, na ile pozwoli ci druga osoba. Tyle masz swobody na ile pozwoli ci granica narzucona przez kogoś innego. I zapluj się ze złości ale tak jest. "Mogę dzisiaj wyjść?" nie wynika z szacunku do drugiej osoby, tylko ze strachu, że spowoduje to konflikt. Gdyby było inaczej, pytanie brzmiało by "Chcę dzisiaj wyjść, czy nie pokrzyżuje to twoich planów?"
Krążymy, jesteśmy w drodze i w ciągłym ruchu, psychicznie. Niesprawiedliwym jest, budowanie tam w imię zgodności i dobrego pożycia. Nie możesz zatrzymać kolarza w trasie i powiedzieć mu "Masz natychmiast napić się wody, bo się odwodnisz" On sam wie, czuje, kiedy ma przystanąć. Możesz mu tylko tę wodę przygotować. Najwyżej nie skorzysta. I nawet, jeśli ktoś usiłuje ci wmówić, że dwoje ludzi, może tworzyć nierozerwalną całość, to przemyśl to jeszcze.
Czy warto zespalać się w jedną materię, czy lepiej tworzyć dwa, odrębne i współgrające ze sobą istnienia.
Just sayin'...

Często słyszę, że to nie odpowiedzialne mieć dzieci bez małżeństwa / bez ojca / bez matki. A dlaczego nikt nie mówi o tym, że przede wszystkim, posiadanie dzieci bez szczęścia, jest nieodpowiedzialne?

czwartek, 29 sierpnia 2013

Keep going.

Mam podsumowanie polityczne. Brzmi ono - (nie, takie bez wulgaryzmów)
Zamienił stryjek
siekierkę
na złodzieju
czapka
dołki kopie,
ten sam
nosił wilk, razy kilka
koniom lżej.

A tak na poważnie.
Ciemność widzę, już nawet po stronie oświeconej.  Czyli ateistom też odwala. No naprawdę, ja przepraszam. Cytuje fragment artykułu z "psychologicznego" Zwierciadła.
"Polscy ateiści chcą, by wyznawana religia była u nas - podobnie jak na zlaicyzowanym zachodzie Europy - sprawą prywatną. Dziś prywatny jest ateizm. Właśnie dlatego próbują się ujawnić, policzyć, zaistnieć w świadomości społecznej, jak zrobiły to środowiska LGBT. Po co? "gdy was odkryłem, to nareszcie mama poczucie, że nie jestem sam na świecie - w odpowiedzi cytują fragment listu do portalu "Racjonalista". Albo mówią: "Robiliśmy sobie grupowe zdjęcie pod billboardem ateistycznym przy Sejmie i przyłączył się młody człowiek. Przyjechał specjalnie z Suwałk, by zobaczyć innych ateistów"
Co proszę?!
Jestem ateistką i oni chyba właśnie obrazili moje odczucia. W sensie racjonalnym, bo nie religijnym. Nie róbmy z ateizmu wyznania. Nie łączmy się w zgrupowania. O ile jest to możliwe w katolickich ugrupowaniach, o tyle nie może zaistnieć u ateistów. Każdy z nas jest inny. Nie można tego zrównać, do poziomu żartów z księży pedałów i parad wolności. Nie. Ateizm, to taki wypracowany przez lata, intymny pogląd, dopasowany indywidualnie. Ma być prywatny. Notabene, tak samo jak łóżkowe upodobania...
Rozejrzyjmy się, w poszukiwaniu prześladowań ateistów.
Już?
To jeszcze raz, rozejrzyjmy się...
No.
Ja też nie widzę.
Od kiedy nikt nie chce spalić mnie na stosie, nie grozi mi ostrymi narzędziami i okrutnymi torturami, czuję się bezpieczna. Dlaczego? Bo, jak powtarzam, można nas obrazić, jeśli sobie na to pozwolimy.
Jak się ugniesz, wbrew sobie, ochrzcisz dziecko bo babcia chce, to się kurde nie dziw, że później cię ta babcia będzie prześladować, bo co niedziela się w kościele nie stawiasz. Jak nie wyjaśnisz w szkole, czemu dziecka na religie nie posyłasz, to się nie dziw, że krzywo patrzą. Widocznie nic mądrego nie powiedziałeś. Jak cie boli krzyż gdziekolwiek, to przestań czytać książki o szatanie. Czosnek na straganie ci aby nie przeszkadza? Żyjesz w konkubinacie i nie pozwalają ci dziedziczyć? Przy ślubie cywilnym księdza po pierścionkach się nie całuje, przemyśl to. Że podatki na kościół? Błagam, moje podatki idą na takie głupoty, że kościół już mnie najmniej boli. A jak masz nadal z tym problem, dokonaj apostazji. Będziesz mieć podkładkę. No nie da się? Wszystko się da. Pytanie tylko o co wam na prawdę chodzi, drodzy ateiści.
O zaistnienie polityczne, czy trzymanie się własnych przekonań?
Bo to drugie można robić bez bilbordów. Bez akcji na szeroką skalę. Ludzie naprawdę wiedzą, że istniejemy. Nie trzeba im tłumaczyć na czym to polega i zaistnieć w ich świadomości. Wiara jest prywatna, nie wiara też. Nie sprzedawajmy rozumu, za cenę pięciu minut istnienia. Nie jesteśmy ciemiężoną mniejszością, bo gdzie się nie obejrzę, to znajdę ateistę. Słowa "Przyjechał specjalnie z Suwałk, by zobaczyć innych ateistów" to bardzo ładny chwyt. 
Suwałki. Miasto na prawach powiatu. 70 000 mieszkańców. Ani jednego ateisty. Rilly? Kościołów rzymskokatolickich mają tam 10. 10! Tyle to u mnie na osiedlu jest. Chyba się przejadę gdzieś, żeby zobaczyć prawdziwego ateistę, zanim mnie nawrócą siłą... 
Ale najpierw, wyłączę telewizor, radio i odstawię gazety. To oni przecież wychwytują sonarami każdy trend. Jak zoofilia zacznie się przebijać przez tabu, a statystyki pokażą wzrost "wychodzących z szafy" zoofilów, to spodziewajmy się, że jeden z drugim tygodnikiem, pozabijają się w walce na wysmarowywanie artykułów wolnościowych na ten temat. No bo to przecież o wolność się rozchodzi nie? Dla mnie taką samą wolność ma babcia oddająca ostatnie grosze na pozłacaną kopułę świątyni Rydzyka, jak i radykalny ateista oddający ostatnie pieniążki mamusi, zamiast na akademik to na bilbord fundacji antyklerykalnej. To jasne.
Geje, ateiści, radykałowie, mordercy, sadystyczne matki, bezrobotni alkoholicy, prawicowcy, lewicowcy, wariaci, psychopaci, wszyscy istnieli już dawno temu. Za to tak sprawne media, rozwinęły się dopiero teraz. Proszę, miejcie to na uwadze zawsze.
Niech będzie pochwalony rozum.
Na wieki wieków.
Idźcie w spokoju.