piątek, 14 września 2012

It's the End of the World as We Know It

(And I Feel Fine)

Musze poruszyć wreszcie ten niepokojący temat końca świata. To znaczy, nie tego końca świata, że przywali w nas jakieś ciało niebieskie, ani nie tego Majowego, ani nawet tego z filmu Melancholia (choć ten akurat, jest moim ulubionym pod względem scenograficznym). Mam na myśli ten zupełnie "naukowo stwierdzony" koniec świata. O tu Przebiegunowanie Ziemi w/g Patricka Geryla

Dla tych, którym się nie chce czytać, wspomnę, że ten pan jest astrofizykiem i matematykiem a nie żadnym nawiedzonym szamanem ani katolikiem. Czyli, to jeszcze gorzej. No bo, jako ateistce, pozostaje mi uwierzyć w naukę, czyli tym samym uwierzyć w jego słowa. A twierdzi on, między innymi, że będą gwałtowne erupcje na słońcu, które spowodują niezliczone katastrofy na ziemi. W ciągu kilku godzin. Jednego dnia. Naraz! Sama nie wiedziałam, czy najpierw zacząć robić zapasy, czy kopać bunkier na podwórku, bo czasu mam mało do grudnia. Ostatecznie, stanęło na przeczytaniu w trzy miesiące wszystkich zaległych książek, bo nigdy nie wiadomo, czy się jakaś księgarnia uratuje z tego pogromu.
Pan Geryl twierdzi, że ziemia się przebiegunuje, co dla mnie oznacza tyle, że odwróci się do góry nogami, czyli stanie na głowie. Wielkie rzeczy... Nadal przecież będzie północ i południe, tylko może w Anglii przestanie wreszcie tak padać. Podobno takie przebiegunowanie spowodowało zaginięcie Atlantydy, liczę więc na to, że przy tej okazji odnajdzie się znów. Coś jak taka szklana kula świąteczna, którą się potrząsa i wiruje w niej sztuczny śnieg, odsłaniając to, co wcześniej przykrywał. Tyle miłego, bo potem będzie podobno gorzej. Wybuchną wszystkie wulkany, a pył z nich na 40 lat zasłoni słońce (to będzie ten efekt sztucznego śniegu). Ciemność mi wcale nie przeszkadza, a moja bezsenność zostanie przynajmniej uzasadniona i usprawiedliwiona. Jak by tego było mało, spręży nam się powietrze, czyli murowane tornada, huragany i wielkie tsunami plus apokaliptyczne trzęsienia ziemi. Ok. A co będzie u nas? Wyleje Wisła, która przypomina na razie kałużę? Wybuchnie Giewont z którego wstanie nareszcie ten rycerz? Trzęsienie ziemi zepsuje nam Góry Stołowe i Błędne Skałki? No bo przepraszam, ale nie umiem sobie wyobrazić tsunami na Bałtyku, którego fale miałyby sięgać dwóch kilometrów. Chyba, że będzie to wyglądało, jak wychlupnięcie całej wody ze szklanki i nagle górale będą mieć plaże.
Jest jeszcze kilka "drobniejszych" katastrof, które wybitny Patrick Geryl przewidział. Cytuję:

  • Fala elektromagnetyczna zniszczy całą, istniejącą na Ziemi elektroniczną infrastrukturę. Zniknie nasza, oparta na komputerach, cywilizacja;
  • Co tam tsunami, co tam egipskie ciemności. Komputery! Telewizja! Kto nam będzie relacjonował potężne erupcje na drugim końcu świata, jeśli nie TVN? Mam ochotę zrobić okrutny żart 21 grudnia i wyłączyć korki w całym bloku.
  • Zniszczone zostaną zasoby żywności i źródła energii;
  • PGNiG wszystko przetrwa. Wiem, bo ciągle mi podnoszą stawkę, teraz już wiem po co, muszą się jakoś zabezpieczyć. Tak z dobrego serca, następny rachunek zapłacę miedziakami. Bo pieniądz straci wartość, a tak będą mieć przynajmniej surowiec. A zasoby żywności? Jestem fanką Bear'a Grylls'a. Karaluchy i skorpiony mogą podobno przetrwać nawet katastrofę atomową.
  • Zniszczona zostanie służba zdrowia, gdyż szpitale będą w ruinach;
  • Prosze Pana, proszę Pana... Całe NFZ jest w ruinie.
  • Zniszczone zostaną wszystkie elektrownie atomowe;
  • Mogę się mylić, ale jeśli to wszystko ma się stać na raz, to nie będzie już tylko depopulacja, ale katastrofa której nikt nie przeżyje. A tym samym, cała reszta skutków, będzie bez znaczenia. O ile oczywiście, założymy, że nie ma kosmitów.
  • Wszystkie, groźne dla życia produkty toksyczne z fabryk chemicznych, dostaną się do środowiska naturalnego i będą stanowić kolejne zagrożenie.
  • Wspominałam już o kosmitach?
Teraz Was trochę uspokoję. Nasz belgijski "naukowiec", jest owszem astrofizykiem, ale domowym, jak sam twierdzi, obalił słuszność teorii względności i zajmuje się opracowywaniem strategi przeżycia kataklizmu, budując jakąś bazę w Afryce. Jest także wegetarianinem, co dla mnie jest głównym wytłumaczeniem wszystkich jego teorii. Żywiony strączkami mózg pracuje gorzej i lepiej chłonie teorie wyższości zwierząt nad człowiekiem. Taki Noe proszę Państwa, dwudziestego pierwszego wieku. Założę się, że w swojej bazie zaszyje się ze zwierzakami ze schroniska. Jest też przy okazji całkiem niezłym biznesmenem, wypełniającym szczelnie niszę na "rynku katastrofalnym". W końcu on ma scenariusz działania. Według niego, trzeba sie ratować specjalnymi łodziami, które pewnie już zaczyna sprzedawać milionerom i scjentologom. Radzi tez uciekać w góry, co moim zdaniem jest dość niekonsekwentne. Nie chciałabym przeżyć apokaliptycznego trzęsienia ziemi na Czomolungmie. Za to wystosował jeden punkt, w swoim planie, który mi sie podoba najbardziej:

  • Ponieważ w górach Południowej Afryki, Peru, czy na innych terenach górzystych, osiem miliardów ludzi raczej się nie zmieści, w tej sytuacji najlepiej uciekać parami, lub w większych grupach męsko-damskich, aby po kataklizmie stworzyć nową cywilizację i ponownie zacząć zaludniać Ziemię.
  • Idźcie i kochajcie się, stworzymy nowy lepszy świat.
Dobra, pośmialiśmy się, a teraz tak na poważnie. Naprawdę radzę zacząć uciekać w góry i robić zapasy wody a także nieopodatkowanego jeszcze powietrza, bowiem 13 września przystąpiliśmy do ESA. Polska w kosmosie, to brzmi niepokojąco...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz