wtorek, 4 września 2012

Nienawidzę nienawidzić.

Warszawiacy są dumni. Warszawiacy, nie lubią napływowego "buractwa". Ich dziadkowie w końcu, budowali to miasto. Ale gdyby Warszawiacy, zdjęli klapki z oczu, to z pewnością dostali by zawału, wiedząc, że wielu z tych, którzy je budowali, było "słoikami". Mój własny, prywatny dziadek, swoimi prywatnymi rękoma, budował swój własny blok. A był z Ciechanowa, słoik jeden. Warszawski cwaniak, znaczy Grzesiuk, też się w Warszawie nie urodził, i tylko jego ojciec był stąd. Chociaż może trzeba by sprawdzić od którego pokolenia. No, bo ile pokoleń wstecz liczy się to "słoikostwo"? I czy to się liczy, że tylko jedno z rodziców, albo może czy w linii męskiej, czy żeńskiej. Zachowujemy się, jak byśmy zapomnieli kompletnie, że i Kraków i Poznań, a nawet Płock, były kiedyś stolicami i nie tylko nam przypada prawo do narzekania na przyjezdnych wsiowych bez kultury i obycia. Dla odmiany, Warszawiaków nie lubią nigdzie. Żydów też, Arabów, motocyklistów, ekologów, egzorcystów, etc...
Żadna nowość, wiem, trzeba sobie tylko zdać sprawę z tego, czy przeszkadzają nam rzeczywiście przyjezdni, czy tylko nieudolny rząd, w tym konkretnym przypadku? Bo cofamy się chyba wstecz, odmawiając miejsc na uczelni z powodu pochodzenia, czy też zajmowania stanowisk w większych miastach. Serio, byłoby więcej miejsc pracy, gdyby postawić mur wokół Warszawy i nie wpuszczać obcych? Albo drogi byłyby równiejsze? Czy przedszkola rosły by jak grzyby po deszczu? A może z innej strony, zastanów się Warszawiaku, czy to nie miastowi, kupując importowane z Chin brokuły, szyte w Bombaju garnitury i mleko z Niemiec, nie przyczyniają się, do napływu. Bo jak by mieli perspektywy, tam w "skansenach" to może nie musieli by tu ich szukać.
Podatki powiadasz?
Im więcej podatków, tym ładniejszy ogródek będzie przed ratuszem i huczniejsze imprezy u Pani Hani "Gronkowiec-Walczy". Notabene, rodowitej Warszawianki.
Każdy ma obowiązek płacić je tam, gdzie mieszka, ale nikt nie wynalazł do tej pory metody, żeby to sprawdzić i kontrolować. Jak by tego było mało, nie ma konkretnej definicji miejsca zamieszkania, w przepisach podatkowych, a niedługo obowiązek meldunkowy, ma w ogóle zniknąć (każdy będzie wolnym bezdomnym). W/g nich można mieć tylko jedno miejsce zamieszkania i to z zamiarem stałego pobytu. Więc jeśli tylko się tu uczy? Spróbujcie zameldować się w wynajmowanym mieszkaniu. Albo przyjechać na studia, z podwarszawskiej wsi i kupić sobie własne. Nie przyjeżdżać? To będzie narzekanie, że jesteśmy zacofanym, niewykształconym krajem. Bo w Ameryce... Bo w Niemczech... Bo... Jak zwykle, nawala w podstawach poszerzanie świadomości obywateli, no bo przecież, można sobie w internecie wszystko przeczytać. A jak się nie umie, to nie ruszać się z miejsca zamieszkania. Wywalić nielegalnych imigrantów, wysłać wszystkich z powrotem do domu, zabronić rozwoju i pędzić po trupach do wolnej europy...
Obcy, nasz wróg. Kto tu siedzi w słoiku?
U nas nie ma demokracji parlamentarnej, jest tylko biurokracja paralityczna. Nic nie jest jasne i sensowne, żeby coś załatwić, trzeba wypełnić stosy formularzy, odsyłają cię od pokoju do pokoju, panie w okienkach zapytane o cokolwiek, plują resztkami ciastek z kawą, obrażone na cały świat, a wkonsekwencji i tak okazuje się, że musisz coś, gdzieś zapłacić i bez tego ani rusz...
Tak bardzo zakopujemy się w papierach, że nawet prezes PiS, zgubił nowe expose gdzieś w szufladzie i musiał wziąć to sprzed 7 lat, w którym niestety nie było nic o krzyżach i zdrajcach narodu Polskiego.
I tak na koniec...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz