środa, 12 września 2012

Powrót do przyszłości


Długo będzie, ale pierwotna wersja, to prawie dwadzieścia stron wspomnień, a że na biografię jeszcze za wcześnie (a może za późno, bo wiek nastoletnich celebrytów już osiągnęłam jakiś czas temu) to nazwijmy to roboczo i na wyrost, studium socjologicznym :)
Obserwując grupkę zdegustowanych moją obecnością, nastolatek, schowanych przy szkolnym śmietniku z mentolowymi Vogue w uszminkowanych ustach, przeleciało mi przed oczami trzy czwarte życia. To wczesno - nastoletnie trzy czwarte. Natychmiast przyszły mi do głowy dwie myśli. Pierwsza, że się starzeję (ale ta mi się nasuwa zawsze, nawet kiedy kupuje marchewkę w osiedlowym sklepie a nie we francuskiej sieci hipermarketów) a druga, to, że chyba różnice w wychowaniu wynikają jednak z postępu cywilizacyjnego i z naszej zdolności przystosowania do niego. No bo skąd niby bierze się to "za moich czasów..."?

Dzieci mają różne predyspozycje, istnieją jednak takie, które przeszkadzają w codziennym funkcjonowaniu, zupełnie tak samo, jak brak ręki i warto im się przyjrzeć, jako rzecze pedagogika stosowana. Ja na przykład, byłam dzieckiem, którego nieśmiałość nie mieściła się w żadnej z tabelek, dopiero z czasem, nauczyłam się to maskować i dziś to sie tak w oczy nie rzuca. Sama nieśmiałość, to właśnie predyspozycja, z którą da się żyć. Ale miałam też dziwny, dodatkowy defekt. Paraliżowało mnie w kontaktach personalnych z paniami ze sklepu, z ludźmi po drugiej stronie słuchawki telefonicznej, etc. A już zupełnie mniej, w kontaktach z rówieśnikami. Dostawałam pieniądze, pod warunkiem, że sama sobie kupie coś za nie, a ja wolałam raczej popatrzeć na wystawę, niż odezwać się do pani za ladą. Dzisiaj posłalibyśmy dziecko na tysiące warsztatów psychologicznych, które nauczyły by je jak pokonywać swoje słabości, ale to nie były te czasy. A może, to wtedy nie były słabości. W każdym razie, zostało mi tak. Chodzę częściej do sklepów samoobsługowych i najlepiej tych gdzie znam osobiście panie kasjerki, nie znoszę dzwonić do obcych (co innego jak to oni dzwonią, zupełnie nie wiem czemu) i przeraża mnie domofon, w tym samym stopniu, co wielka zielona ośmiornica strzelająca jadem. I chociaż się nim nigdy nie bawiłam, jak inni, to żyję i mam się dobrze. W dobie telefonii komórkowej, ogólnej technicyzacji i anonimowości, ciężej chyba nabawić się takich lęków, prościej za to wyrobić sobie naiwną ufność i umówić się na randkę przez internet z podstarzałym sponsorem. Domofon za to, niezmiennie służy do zabawy, ale dzisiaj nazywa się to dubstepem.
Chrzty odbywają się z przyzwyczajenia. A kiedyś choć bardziej dobrowolne, to niestety też nie do końca świadome, przeważnie wtedy, kiedy wychowywało się w domu przesiąkniętym lekko komunizmem. Na dobrą sprawę nikt ze mną o religii nie rozmawiał, ale kiedyś moja mama musiała przeżyć nawrócenie i postanowiła się ochrzcić, dla towarzystwa, uznała za sensowne zrobić to samo ze mną. Ja w tym nie widziałam żadnego sensu, za to dostałam książkę z dedykacją od księdza Twardowskiego, który na moje oko, to nie pisał wcale o miłości do boga, tylko nie wypadało mu się przyznać, że jest inaczej. Potem mogłam od razu przystąpić do komunii. Akurat moje przygoda z religią nie była postępowa, i skończyła się kiedy zgubiłam się na pielgrzymce z mamą. Zgubiłam się w częstochowskim kościele, wśród miliarda dewotek, które były bardziej pochłonięte poharataną twarzą matki boskiej, niż płaczącą obok dziewczynką. Może myślały, że ja tak ze wzruszenia, albo że się dokonuje objawienie. Chrzty i komunie nadal wyglądają tak samo i mam wrażenie, że nadal nikt nie uświadamia dzieciom, po co im się wkłada te garnitury, alby, wianki z drutami na głowę i inne cuda. Grunt, żeby było porządnie i na bogato. Jedyna różnicą jest to, że ja dostałam Pegasusa dla zrekompensowania mojego zdezorientowania zaistniałą sytuacją, a dzisiejsze dzieci, dostają sztabki złota, dla zrekompensowania nieporadności dydaktycznych. Faktem pozostaje to, że z rzezi niewiniątek i wniebowstąpienia, dziewięciolatek rozumie tyle co ja z mechaniki kwantowej. Czyli, jeśli chcesz wychować ateistę, ochrzcij go "dla zasady", potem zrób wielkie oczy jak na maturalnej pielgrzymce upije się z kolegami i zamiast do domu, pojedzie gdzieś w Alpy. A jak chcesz wychować katolika, to może odpuść sobie niezrozumiałe ceremonie na rzecz rozmowy i świecenia przykładem.
Dzisiaj panuje przekonanie, że zmiany są z reguły dla dzieci złe. I powinno się dostosowywać plany, do dziecka, nie na odwrót. Jak jest lepiej, nie wiem, ale ja na przykład po pierwszych trzech latach podstawówki, musiałam zmienić szkołę i nikt nie ostrzegał, że zmiana środowiska jest szkodliwa. Żeby było śmieszniej, każda moja szkoła w życiu, trwała po trzy lata. Na domiar złego, urodził się mój brat, do czego nikt mnie jakoś szczególnie nie przygotował. Nie było poradników "Rodzeństwo bez rywalizacji". W każdym razie to był przełom. No bo np, czemu ja nie mogłam w czwartej klasie iść i wracać sama ze szkoły? Czemu nie mogłam wyjść na podwórko? Dlaczego nie miałam komputera? Własnego pokoju? Własnego zdania w sprawie tak trywialnej jak różowy płaszczyk, którego nienawidziłam z całego serca? No i wreszcie czemu mój brat okazał się ważniejszy od kota którego kochałam a który trafił do innego domu?
Bo to nie była wieś, gdzie wszyscy się znali, bo płaszczyk był szczytem dobrobytu kapitalistycznego. Nie tak odległym jak komputer i większe mieszkanie. Bo mama, przyzwyczajona do lasów i pól, bała się, że ktoś mnie porwie, skrzywdzi, a jak nie ktoś, to coś. Pociąg, autobus, tornado, puste opakowanie po mleku, cokolwiek... Dziwne, że w tym samym czasie, zaczytywała się w Mastertonie, Kingu i Koontzu, a także oglądała chyba wszystkie obleśnie horrory świata, co robiłam i ja, podkradając książki i nie domykając powiek przy zasypianiu. Kota i płaszczyka nie wybaczę. Zakochałam się w najprzystojniejszym chłopcu w klasie, a oni mnie wciskali w tą żarówiasto różową polarową bombkę w stylu Shirley Temple, z beretem do kompletu. Jasne, że to kwestia podejścia rodziców, i, że pewnie inni tak nie mieli, ale jestem pewna, że to nie były czasy "partnerskiego" podejścia do dzieci, w związku z czym, jedni latali całe dnie po podwórku, inni czasem zostawali sami w domu i odgrzewali sobie obiad po szkole, a jeszcze inni zostali obłożeni rodzicielskimi traumami. Bo warsztatów dla rodziców, też nie było i każdy miał narzucone tempo życia, w zależności od tego, czy mama pracowała, czy miała za dużo czasu pomiędzy praniem a gotowaniem, na wymyślanie koszmarnych wypadków, jakie mogą spotkać cię na podwórku. Dzisiaj liczy się samodzielność, dlatego widzę czasem czterolatki biegnące na oślep przez jezdnię, ośmiolatki niańczące noworodki o 22 pod blokiem i dziesięciolatki z kluczami na szyi. Całe szczęście, mamy już od przedszkola szerokie spektrum zajęć sportowych obejmujące sztuki walki...
Ci co teraz narzekają na nauczycieli, powinni ich po stopach całować, za to, że kuratorium aprobuje indywidualne podejścia do ucznia. Czemu u mnie w szkole, żaden nauczyciel nie rozumiał, że nie potrafię skakać wzwyż, bo po pierwsze, nie będę żadną cholerną mistrzynią olimpijską a po drugie nie wolno mi było nawet po drabinkach na podwórku chodzić, ze względów bezpieczeństwa. I ja mam skakać, może jeszcze stylem nożycowym, albo na tygryska? Wolne żarty. Wykręcałam się jak mogłam, ze wstydu paraliżowało mnie jeszcze bardziej i gra w siatkówkę kończyła się dla mnie na podawaniu piłek koleżankom, którym w przeciwieństwie do mnie rosły już piersi. Nauczyciel uważał, że muszę na siłę i już, wchodząc tym samym w konflikt z moja mamą, która znalazła dla mnie genialne rozwiązanie. Było tak świetne, że sama bym chyba na to dzisiaj nie wpadła. Zwolniła mnie z wuefu. Kto by pomyślał, że to może być lepsze niż rower, albo jakieś dodatkowe zajęcia... Teraz istnieje szansa jakiegoś "przekierowania", wtedy była taktyka "uników". To tez trochę ma przełożenie na dorosłe życie, więc może nie będę znakomitym rekinem biznesu, pokonującym wszystkie przeszkody, ale też przynajmniej nie skończę jak właściciel Amber Gold.
Wracając do kwestii rodzeństwa, to o brata w sumie nie byłam nawet zazdrosna, bo jawił mi się jako takie zwierzątko domowe, z którym nie miałam kontaktu. Moje koleżanki popychały wózki ze swoim rodzeństwem szczelnie zapakowanym i drącym się w środku a ja ze swoim nie mogłam iść na spacer, bo nas porwie ufo, ani go nakarmić, bo pewnie użyje widelca zamiast anatomicznej łyżki higienicznej, wyparzonej w milionie stopni celsjusza. I farenheita na wszelki wypadek też. Raz jak pamiętam, pilnowałam go chwilę, nie wiem co się stało mamie, że zostawiła nas samych na milisekundę, ale to musiało być coś bardzo ważnego. Ta krótka chwila wystarczyła, żebym się upewniła w tym, że nie bardzo potrafię cokolwiek, bowiem mój brat właśnie wtedy postanowił sturlać się z łóżka uderzając głową w nogę obrotowego fotela. Noga była plastikowa, na szczęście, ale przekonałam się, dlaczego matki umieją w przypływie adrenaliny podnosić samochody żeby ratować dzieci. Z posturą anorektyczki dźwignęłam brata który ważył nie mało, z taką gracją jak bym od urodzenia pracowała w cyrku. Znów, dzięki postępowi psychologii, dzisiaj wiemy, że rodzeństwo powinno czynnie uczestniczyć, w miarę własnych możliwości, przy opiece nad tą młodszą częścią rodziny. Kiedyś, albo przejmowało część obowiązków, jak moje rówieśniczki, robiące kanapki do szkoły sobie i bratu i jeszcze ojcu do pracy, albo, odwrotnie, po prostu nie przeszkadzało, najlepiej odrabiając lekcje przez osiem godzin przy biurku. Teraz nawet lalki mają pampersy, nocniki, butelki, wózki z pneumatycznymi kołami i całe neonatalne wyposażenie. I tylko ciągle nas zadziwia, że piętnastolatki zachodzą w ciążę...
Dojrzewanie, właśnie. Moje dojrzewanie, to podkradanie za dużych staników cioci, wyciąganie spod szafki jej męża gazetek ginekologicznych i recytowanie z pamięci lepszych kawałków z książki Mastertona "Głód". I chociaż nikt mnie nie uświadomił, bo niektóre tematy były tabu chyba od zawsze, to przynajmniej zostało mi zapewnione tło do samokształcenia, w postaci mądrych książek seksuologów. Dzisiaj wszyscy dookoła gadają o seksie i nikogo to nie gorszy, już nawet te gazetki stały się normą, a panie w telewizji każą uczyć dzieci od najmłodszych lat dosadnego nazywania swoich narządów płciowych i mówienia "cycki" (zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie po prostu - piersi, jak już ma tak być dosadnie). I pomimo tego szumu, tej emancypacji i wyzwolenia w wyniku rewolucji seksualnej, w szkole nadal jest PO, a edukacji seksualnej brak.
Zainteresowania można było wtedy rozwijać na różne sposoby, bo chociaż system zajęć dodatkowych dopiero raczkował, to było w czym wybierać... Był angielski, ale nie już w żłobku, tylko tak od pierwszej klasy, może dlatego, że uważano za stosowne uczyć dzieci obcych języków, dopiero wtedy, kiedy jako tako zaznajomią się z podstawami ojczystego. Była informatyka, gdzie się wcale nie logowało na FB, tylko uczyło obsługi "żółwia". Tak, Komeniusz, nie fotoszop. Poza tym, jeszcze masa różnych korektyw, rytmik, sksów. Całą resztę nietypowych zainteresowań, trzeba było sobie na własną rękę kształtować. Łatwiej za to, było dostać się do klubu sportowego i to nawet za darmo. Nie zostałam Otylią, ale pływanie było całkiem miłe i nikt sie nie martwił, że to nie higieniczne, że odpadają kafelki w basenie i że chlor jest nie zdrowy. Jeździłam też konno. Ale po tym jak koń się rozpędził w galopie i poniósł mnie gdzieś w pole, a moja mama dostała stanu przedzawałowego widząc mnie w przekrzywionym toczku na głowie i bez buta, uznałam, że na tym chyba też się nie znam, tak samo jak na obsłudze brata. Wygrywałam za to konkursy plastyczne. Nie swoje co prawda, ale miałam satysfakcję anonimową, która pozostała moją ulubiona forma spełnienia, również w późniejszym życiu. Dzisiaj zajęcia i chyba całe szkolnictwo kładzie nacisk nie na rozwój osobisty, a na ścieżkę kariery zawodowej. Im więcej zajęć tym lepiej. Im cięższe książki, tym dalej zajdziesz. Nie ważne, że jako anonimowy pracownik korporacji, który jest mistrzem w głupawym zaznaczaniu odpowiedzi na testach jednokrotnego wyboru.
Niezależność, to coś, co mamy teraz już od narodzin. Jest widoczne np w metodzie usypiania niemowlaków, polegającej na tym, że kładziemy do łóżeczka i czekamy aż skończy płakać. Kiedyś to nie było chyba takie oczywiste. Ja, po ładnych paru latach chodzenia jak w zegarku i odrabiania prac domowych, zaczynałam dostawać pozwolenie na samodzielne poruszanie się po świecie, który kończył się na pobliskich ulicach, których nie wolno mi było przekraczać o ile nie były to drogi wewnętrzne. I to było niesamowite tak stać w zimę o 18 na podwórku przez pół godziny. Czułam wolność i wiatr we włosach, więc zaczęłam podkradać mamie papierosy, których nie umiałam zapalić ani się nimi zaciągnąć. Dziś na Youtube, można się nauczyć nawet techniki skręcania jointów nogami. Odzyskiwałam także swoje prawo wypowiedzi w kwestiach tekstylnych, a jeśli nie było uwzględniane, to i tak nie szkodzi, bo nauczyłam się, że w zsypie można się przebrać z takim samym powodzeniem jak w łazience, albo że pod żarówiastym żółtym swetrem można zmieścić np koszulkę mojego brata, która idealnie sięgała ledwo za pępek, prawie jak u pań w mtv. Prawie. Ciekawe, dopiero teraz zauważyłam, że ubrania które zakładano na mnie na siłę, miały bardzo intensywne kolory i zastanawiam się, czy to się nie wiąże z tą potrzebą zapewnienia mi bezpieczeństwa. W końcu na każdej drodze było mnie widać, podejrzewam, że nawet w trakcie zaćmienia słońca. Tekstylna rewolucja, kiedyś oglądana raczej w telewizji, już nie jest taka obca. Wiem, bo widziałam gumowe szpilki dla niemowląt. A klasyczne, czarne '12 na nogach trzynastolatek, już nie dziwią chyba nikogo poza mną?
Ponieważ ja byłam pierwszym rocznikiem gimnazjalnym, to jeszcze nikt nie potrafił wtedy oszacować skali patologii do jakiej dochodzi w takich placówkach edukacyjnych. Nie biliśmy nauczycieli, ale rzucanie kredkami było na porządku dziennym, kiedy na lekcjach trzeba było powtarzać materiał z wcześniejszych lat. Dzisiaj wiadomo, że to nie było dobre rozwiązanie, właściwie wszystko dzisiaj wiadomo, poza tym, jak tą wiedzę wdrożyć w życie. Zlikwidują więc te gimnazja, znów będzie inaczej. Stosy poradników psychologicznych, pedagogicznych, dla mam, biznesmenów, dla bezrobotnych i pracujących nie pomogą nam się dostosować.
Każdy będzie uważał, że za jego czasów było lepiej. A z kolei każde czasy, to jakieś zmiany z którymi przyszło nam dorastać i to się nie zmieni. Zaczynam się bać o swoje przyszłe prawnuki, nie wiem jak poradzą sobie z parkowaniem równoległym. Śmigłowcem. Pod przedszkolem. Śpiesząc się na telepatyczne zajęcia z programowania mózgu ssaków.

wtorek, 4 września 2012

Nienawidzę nienawidzić.

Warszawiacy są dumni. Warszawiacy, nie lubią napływowego "buractwa". Ich dziadkowie w końcu, budowali to miasto. Ale gdyby Warszawiacy, zdjęli klapki z oczu, to z pewnością dostali by zawału, wiedząc, że wielu z tych, którzy je budowali, było "słoikami". Mój własny, prywatny dziadek, swoimi prywatnymi rękoma, budował swój własny blok. A był z Ciechanowa, słoik jeden. Warszawski cwaniak, znaczy Grzesiuk, też się w Warszawie nie urodził, i tylko jego ojciec był stąd. Chociaż może trzeba by sprawdzić od którego pokolenia. No, bo ile pokoleń wstecz liczy się to "słoikostwo"? I czy to się liczy, że tylko jedno z rodziców, albo może czy w linii męskiej, czy żeńskiej. Zachowujemy się, jak byśmy zapomnieli kompletnie, że i Kraków i Poznań, a nawet Płock, były kiedyś stolicami i nie tylko nam przypada prawo do narzekania na przyjezdnych wsiowych bez kultury i obycia. Dla odmiany, Warszawiaków nie lubią nigdzie. Żydów też, Arabów, motocyklistów, ekologów, egzorcystów, etc...
Żadna nowość, wiem, trzeba sobie tylko zdać sprawę z tego, czy przeszkadzają nam rzeczywiście przyjezdni, czy tylko nieudolny rząd, w tym konkretnym przypadku? Bo cofamy się chyba wstecz, odmawiając miejsc na uczelni z powodu pochodzenia, czy też zajmowania stanowisk w większych miastach. Serio, byłoby więcej miejsc pracy, gdyby postawić mur wokół Warszawy i nie wpuszczać obcych? Albo drogi byłyby równiejsze? Czy przedszkola rosły by jak grzyby po deszczu? A może z innej strony, zastanów się Warszawiaku, czy to nie miastowi, kupując importowane z Chin brokuły, szyte w Bombaju garnitury i mleko z Niemiec, nie przyczyniają się, do napływu. Bo jak by mieli perspektywy, tam w "skansenach" to może nie musieli by tu ich szukać.
Podatki powiadasz?
Im więcej podatków, tym ładniejszy ogródek będzie przed ratuszem i huczniejsze imprezy u Pani Hani "Gronkowiec-Walczy". Notabene, rodowitej Warszawianki.
Każdy ma obowiązek płacić je tam, gdzie mieszka, ale nikt nie wynalazł do tej pory metody, żeby to sprawdzić i kontrolować. Jak by tego było mało, nie ma konkretnej definicji miejsca zamieszkania, w przepisach podatkowych, a niedługo obowiązek meldunkowy, ma w ogóle zniknąć (każdy będzie wolnym bezdomnym). W/g nich można mieć tylko jedno miejsce zamieszkania i to z zamiarem stałego pobytu. Więc jeśli tylko się tu uczy? Spróbujcie zameldować się w wynajmowanym mieszkaniu. Albo przyjechać na studia, z podwarszawskiej wsi i kupić sobie własne. Nie przyjeżdżać? To będzie narzekanie, że jesteśmy zacofanym, niewykształconym krajem. Bo w Ameryce... Bo w Niemczech... Bo... Jak zwykle, nawala w podstawach poszerzanie świadomości obywateli, no bo przecież, można sobie w internecie wszystko przeczytać. A jak się nie umie, to nie ruszać się z miejsca zamieszkania. Wywalić nielegalnych imigrantów, wysłać wszystkich z powrotem do domu, zabronić rozwoju i pędzić po trupach do wolnej europy...
Obcy, nasz wróg. Kto tu siedzi w słoiku?
U nas nie ma demokracji parlamentarnej, jest tylko biurokracja paralityczna. Nic nie jest jasne i sensowne, żeby coś załatwić, trzeba wypełnić stosy formularzy, odsyłają cię od pokoju do pokoju, panie w okienkach zapytane o cokolwiek, plują resztkami ciastek z kawą, obrażone na cały świat, a wkonsekwencji i tak okazuje się, że musisz coś, gdzieś zapłacić i bez tego ani rusz...
Tak bardzo zakopujemy się w papierach, że nawet prezes PiS, zgubił nowe expose gdzieś w szufladzie i musiał wziąć to sprzed 7 lat, w którym niestety nie było nic o krzyżach i zdrajcach narodu Polskiego.
I tak na koniec...







czwartek, 23 sierpnia 2012

Eksperyment

Ikea zorganizowała w środku miasta symulację. Postawili barak umeblowany tymi swoimi tekturowymi meblami i zakładali ludziom na oczy, specjalne gogle, żeby mogli się poczuć jak niewidomi. Oczywiście, że to nie była reklama, skąd, przecież zamknąć oczy w domu i próbować się poruszać w ten sposób, to nie jest to samo, co takie proszę Państwa gogle...
Ja też wymyśliłam symulację, taką non-profit.

Połóż się na łóżku, nie, nie wygodnie i nie rozluźniaj się, po prostu się połóż. Zmuś własne ciało, żeby nie poruszyło się o milimetr. Ani głowa, ani ręka ani żaden najmniejszy mięsień. Dla ułatwienia, można poprosić kogoś o skrępowanie (tylko proszę, niech was potem rozwiążą, bo będę miała problemy z prawem). Tylko mrugasz i oddychasz. Nie wypowiadasz ani jednego słowa a twoja mimika jest ograniczona. Słyszysz, czujesz i widzisz, nie możesz jednak reagować. Twoi bliscy krzątają się w kuchni, śmiejąc się i rozmawiając. Tobie włączyli telewizor. Niestety, to nie ten kanał, który cię interesuje. Trudno, pooglądasz telezakupy... Teraz wchodzą do pomieszczenia, wnosząc ciasteczka i zapach świeżej kawy. Rzucają ci przelotne spojrzenia i uśmiechy, szepczą coś o opiekunkach środowiskowych. Zagryzają tą kawę ciasteczkami, a ty leżysz obok z pełną pieluchą. Może z troski, a może dla własnej wygody, przesadzają cię na wózek i wywożą na taras. Jest trochę za duszno, pocisz się, ale musisz poczekać, aż ktoś zajrzy. Masz czas, masz mnóstwo czasu, na myślenie. O rzeczach istotnych, lub tych mniej. Masz może, jakiegoś boga, z którym możesz porozmawiać. Masz rutynę, bezpieczną rutynę. Nie za dużo bodźców, bo jak wiadomo ich nadmiar drażni. A może po prostu nikt nie powiedział twoim dzieciom w szpitalu, że dobrze byłoby czytać ci książki na głos, albo chociaż codzienną prasę. Kiedy skończą podwieczorek, przyjdą po ciebie, żeby cię umyć. Twoja najstarsza córka, razem ze schorowaną żoną, będą myć cię gąbką i zmieniać brudne pieluchy, z miłości. A ty, nie będziesz mógł nawet, okazać wdzięczności. Może byłeś kiedyś profesorem na politechnice i może zjeździłeś świat wzdłuż i wszerz, ale tym razem nie znajdziesz sposobu na wyrażenie czegokolwiek, chociaż twoja wyobraźnia nadal pracuje. Twoje prawnuki będą bawić się w piratów pod kołami twojego wózka, a ty będziesz słuchać. Słuchanie, to coś, czego w życiu się nie nadużywa, a ty masz już tylko to. Cóż z tego, że widzisz, każdy przedmiot i każdy detal w twoim otoczeniu znasz na pamięć, mógłbyś go narysować, w wyobraźni... Tym samym wzrokiem, lustrujesz też twarze bliskich, uśmiechnięte, zmęczone, cierpiące. Zastanawiasz się, jak wygląda twoja. Któregoś dnia, przyprowadzą Opiekunkę, tłumacząc ci, że ona zna się na tym lepiej. Ale będziesz wiedzieć, że to nie dlatego. Będziesz tam leżeć, ze świadomością bycia ciężarem, dla tych, o których dbałeś całe życie. Zobaczysz też, jak opiekunka instrumentalnie wykonuje swoje obowiązki, być może czasem złorzecząc. Jak nie dba o to, czy masz ulubione poduszki. Włączy telenowele, którą mimowolnie obejrzysz, kiedy będzie gotowała obiad. Zaschnie ci w ustach i nie wiesz, kiedy poda ci wodę. Może nie poda? Odwiedzą cię znów dzieci. Rzucą kilka retorycznych pytań, na które się przecież i tak nie odpowiada, coś opowiedzą i znikną w trybach obracających ich własnym życiem. Zostaniesz znów sam, zamknięty we własnej świadomości. Teatr jednego widza w zupełnie niesprawnym budynku. Kiedy umrze twoja żona, nie będziesz mógł nawet uronić łzy. Cierpienie też zostało ci odebrane. Zostaną ci wspomnienia, przerabiane w myślach codziennie od nowa. Żebyś  nie był sam, dzieci postanowią że wyjedziesz. Do miejsca gdzie zajmą się tobą fachowcy. Spotkasz tam może ludzi, którzy będą do ciebie mówić więcej, a może spotkasz tam tylko zapach szpitalnej pościeli i śmierci. Nie boisz się śmierci, za sprawą twojego boga, czy zwyczajnie dlatego, że gorzej już i tak nie może być. Nieważne, nie boisz się jej, bo zapewne czujesz, że już umarłeś, dla świata, a życie dla samego siebie traci sens...

Niech rozszarpią mnie kruki i wrony, zdania nie zmienię, tak popieram eutanazję. Na własne życzenie, oczywiście i nie zajmę stanowiska co do dzieci, bo akurat w takim położeniu postawić się nie potrafię. Co innego skazać siebie samego na śmierć, co innego decydować za kogoś.
Wiem, że to jest priorytetowy argument przeciwników. Że niby ci co dokonują samego zabiegu, zachowują się jak bogowie którym dano prawo do decydowania o życiu i śmierci. Większej bzdury nie słyszałam. A jakiemu sądowi dano prawo decydowania o tym jak bardzo kto chce żyć? Religia? Też bzdura, bo może ja wyznaję Jedaizm albo Cthulhu? Oczywiście w tym wypadku, mogłabym sama sobie skrócić życie mieczem świetlnym, ale jeśli nie mogę ruszyć nawet palcem? I jeszcze to używanie określeń "morderca", "skandynawskie umieralnie", "bestialstwo"... Czy nawet o własną godność trzeba się procesować? Nie zmuszam katolików do samobójstw, więc może niech oni też nie zmuszają nas do życia za wszelką cenę, tylko dlatego, że uważają je za słuszne.
Dziękuję, za uwagę.

Dla rozładowania napięcia, rosnącego wraz z dochodzącymi do nas informacjami o burzy magnetycznej i zwiększonej aktywności słońca, pragnę zauważyć, że nastanie fantastyczna era w dziejach ludzkości. Bo jak już nam cała elektryka siądzie, to mainstreamowy stanie się nurt Steampunkowy. Przyznajcie się, kto nie marzył żeby wleźć do ekranu telewizora, oglądając Mad Maxa? Już widzę te pustynie, zawalone słupy energetyczne, walka o wodę, zakurzone piękności w gorsetach ze złomu. Fajnie będzie, mówię wam, nie ma się czego bać. Wreszcie się skończy walka polityczna na słowa, zaczną się ganiać z dzidami i wozić bryczkami (a nie brykami S-klasy). Więc korzystajmy z internetu wszem i wobec, bo niedługo będziemy mieć portale między galaktyczne a nie społecznościowe, tablice z listą zakupów, a nie na fejsbuku i czaty w krzakach na polowaniu, a nie na onecie. Idę konstruować baterie słoneczne do aparatu, bo tego mi będzie brakowało.

środa, 22 sierpnia 2012

A szare jest szare.

Wśród młodzieży, zaobserwowałam nową falę - nagonki na fałszywych ludzi. I mnożące się infantylne manifesty pisane czcionką Calibri na zinstagramowanych zdjęciach. Fałszywi ludzie? A kto jest prawdziwy? Szczególnie w internecie. Tlenione małolaty z pomalowanymi na Hard Pink tipsami, nienawidzą fałszu, tak bardzo, że wynajmą kolegów do skopania cie w bramie, rzecz jasna, po to, żeby nie brudzić własnych rączek. To takie prawdziwe. Naturalne piękności, podkręcają własne zdjęcia w photoshopie, bo nie znoszą fałszowania urody sztuczną opalenizną, tapetują twarz w stylu "au naturel" kilogramem kosmetyków, bo wszystko inne, to przecież sztuczne. Natomiast te stylizowane na Audrey Tautou, noszą pod pachą Edgara Alana Poe, bo czarny kruk jest taki metafizyczny, zakładają okulary z szybkami, nie zdając sobie sprawy z tego, że ci którzy je noszą naprawdę, zepsuli sobie wzrok czytając po nocach a nie oglądając okładki. Są jeszcze takie wyzwolone, które osiągnęły kulminacyjny punkt emancypacji kiedy tata kupił im mieszkanie,  zapłacił za studia i otworzył konto. Smutni chłopcy, szukający pocieszenia w szatanie na złość babci, opierający swoją wiedzę na smętnych wywodach Charlesa Mansona postawionego przed sądem. Przez wpajane od dziecka, czarno białe spojrzenie, mamy potrzebę przynależności, a czasem, żeby gdzies przynależeć, trzeba coś sfałszować, coś udać, jak inaczej wejść w subkulturę bez ośmieszania się nie wiedzą? Takie czasy, że nie należy pytać, należy wszystko wiedzieć, już na starcie.  Na początku trzeba zmyślać... Potrzeba zrzeszania się w jakieś stada, rodzi zakłamanie. Są nas miliony i każdy jest inny, a to sprawia, że nikt do końca nie jest w stanie idealnie się dopasować. Można by tak długo i właściwie bez końca, bo obłuda, jest cechą człowieczeństwa. Nie da się od niej uciec, a na ramieniu każdego, siedzi taki mentalny edytor, który nas stylizuje. No proszę, kto nigdy niczego nie sfałszował niech pierwszy rzuci mięsem. Kto nigdy nie uśmiechał się do ciotki, zadającej idiotyczne pytania przy stole, w głębi duszy poddając ją najokrutniejszym torturom? Albo "wszystko w porządku, to tylko zmęczenie" zamiast "naprawdę mnie nudzisz"? Samo flirtowanie nawet, to istna symfonia fałszu.
Jim Carrey w filmie Kłamca, kłamca, zaprezentował utopijną wizję szczerego człowieka. No nie da się, chyba, że nagle ogarnęłoby to całe społeczeństwo i w pakiecie z prawdomównością, znajdowałaby się również wyrozumiałość. Fałszujmy sobie dalej, ale taktownie i z umiarem. Bo fałszywy człowiek też jest prawdziwy, jeśli tylko leży to w jego naturze.
Ciągnąc dalej, sprawę black&white, której słuszność wprost uwielbiam obalać...
Tvn24 zaatakowało mnie niedawno wstrząsającą wiadomością, że rodzice porzucili dziecko na lotnisku. Podkład muzyczny w reportażu, był chyba wzięty ze Szczęk, a wypowiedzi utrzymane w tonie piętnującym, co na pierwszy rzut oka, zdawało się być słuszne. Nawet miałam okazję zobaczyć jak wygląda Rzecznik Praw Dziecka, bo już myślałam, że to tylko postać fikcyjna. W każdym razie, było to w skrócie tak - rodzice z dwójką dzieci, udają sie w celach wypoczynkowych w kierunku Grecji, na lotnisku, okazuje się, że to młodsze ma nieważny paszport. Szybka decyzja, podrzucają dziecko obsłudze, dzwonią po kogo się da, żeby po nie dojechał, wsiadają, lecą, a w kraju powieszono na nich wszystkie dostępne psy, postawiono w stan oskarżenia i w ogóle nagle cała prokuratura była na nogach. Nie, ja nie popieram zostawiania dzieci na lotniskach, ale porobiło się naprawdę ostro. Jedni wsadzili by "wyrodną matkę" do więzienia i zabrali jej dziecko, drudzy mówią, że to przecież nic wielkiego (to ci którzy zostawiają w samochodzie śpiące niemowlęta, udając się do sklepu i również uważają to za rzecz normalną). Ja uważam, co następuje:
1. Kto nie sprawdza paszportu przed zagranicznym wypadem?!
2. Dlaczego zmartwiona i zbulwersowana obsługa, nie kazała tych "wyrodnych rodziców" zatrzymać przy odprawie, skoro podobno nie zgodzili się zająć dzieckiem, do przyjazdu opiekuna? Jak bym spróbowała wnieść na pokład cążki do paznokci, to by wstrzymali cały lot...
3. Matka nie jest wyrodna i jestem pewna, że kocha swoje dzieci, miała po prostu niewiele czasu na podjęcie decyzji, a my mamy całe dnie na rzucanie opinii.
4. Nie zostawiła dziecka na pastwę losu, opiekunkę zatrzymały korki, czy bóg wie co. Dodam, że np. nieletni pasażerowie mogą podróżować samolotem sami i znajdują się wtedy pod ścisłą opieką stewardess, czy w takim razie rodziców, którzy je wysyłają też należy ukarać?
5. Czemu nadal nikt nie zorientował się, że każde dostępne media bazują na ludzkich emocjach i używają konsekwentnie dobranych słów, dla zbudowania atmosfery?
6. Jasne, że dla tego dziecka, zapewne był to szok, ale nie nieodwracalny. Będzie się bało następnym razem, że rodzice mogą zniknąć, ale wrócili. I jeśli więcej się to nie powtórzy, to odzyska równowagę. Czemu nikt tak bardzo nie przejmuje się tymi dzieciakami z Izb Dziecka? Do nich nikt nie wraca...
7. Ciekawe jak dobrze się bawili w Grecji. I dlaczego nie wpadło im do głowy, żeby jedno z rodziców się poświęciło i zostało na miejscu, a drugie poleciało ze starszym dzieckiem. Bilet przecież można zwrócić...
8. Wniosek końcowy - po raz kolejny okazuje się, że każdy jest specjalistą od wydawania osądów, nie biorącym pod uwagę nic innego niż własne poglądy.
Czarno białe poglądy.
Keep calm, and start thinking, for christ's sake...

czwartek, 2 sierpnia 2012

"Ten percent luck, twenty percent skill"

Jeśli należysz do tej grupy, która ma dla narzekających na sytuacje w kraju, fantastyczną radę "Jak się nie podoba, to wyemigruj", to sobie nie zawracaj głowy czytaniem, bo będę narzekać.
I to bardzo.
To wcale nie chodzi o to, żeby uciekać do raju pełnego jednorożców, żrących koniczynki na końcu tęczy, albo do plastikowej, postindiańskiej nibylandii. Chodzi o to, żeby w tym słowiańskim grajdołku, życie zaczęło płynąć zgodnie ze wskazówkami zegarka, a nie w poprzek i żeby ludzie przestali się na to gapić przez różowe okulary tabelek statystycznych.
Miałam zacząć od siebie, ale zacznę od resocjalizacji. Żeby tak na próżno nie gadać, przygotowałam się, oglądając wszystkie reportaże i dokumenty o bezdomnych, recydywistach i młodzieży z domów poprawczych. Te z przed lat 5, 3, ówczesne, te które nigdy nie powstały, i te które jeszcze nie powstały też, nawet te, o których reżyserzy dopiero myślą. I kręci mi się już od tego w głowie, bo niby sprawa banalnie prosta, a jednak okazuje się, że resocjalizacja i pomoc jako taka, nie rządzą się prawami logiki.
Może to dlatego, mało kto wierzy, że samo zjawisko powtórnego przystosowania do życia w społeczeństwie ma szansę zachodzić w wielu przypadkach, jeśli jest mądrze przeprowadzone. A nie tylko w książkach dla studentów. Nie, nie wierzę, że seryjnego mordercę, gwałciciela, psychopatę i pedofila można zreedukować. Nawet metodami Anthony’ego Burgessa, stosowanymi na Aleksie. Ale wierzę, po obejrzeniu tych filmów, że istnieje grupa bezdomnych, którym państwo odcina drogę powrotną, że wielu recydywistów, staje się nimi ze względu na brak jakichkolwiek perspektyw, z nudów i wygody, którą zapewnia im system penitencjarny, a także, że wielu małolatów, dorastających w patologii rodzinnej i trafiających do zakładów poprawczych, można uchronić przed wdepnięciem w jeszcze większe szambo. Wspaniałym przykładem, jak tego nie robić, jest pomysł Pana Reżysera Roberta Glińskiego, tego od "Cześć Tereska". Pominę walory filmu, bo o tym można by osobny wywód popełnić. Pobawił się w pana boga, dając tym dwóm dziewczynom wielką szansę. Szansę? Na co? Na showbiznes? To niby mniejsza patologia, niż ta którą miały w poprawczaku? Nie skorzystały z niej podobno. Ciekawe dlaczego... Mam teorię - może dlatego, że to dla nich abstrakcja? Podejrzewam, że w ich mniemaniu, to nawet nie była praca. Pobyły w centrum zainteresowania, potraktowały to chwilowo, bo w ich życiu wszystko jest chwilowe. Jak dorastasz w domu w którym wszyscy leżą pijani na podłodze i okazyjnie nakarmią cię sąsiadki, ktoś weźmie na chwilę, ktoś przelotnie zainteresuje, to wszystko jest nietrwałe. Zupełnie jak okazja zagrania w filmie. Nikt ich nie nauczył, co to wiara we własne możliwości, wiara w samego siebie i jak to wykorzystać, żeby móc na tym np zarobić. Przyszedł pan z ekipą, dał możliwość wyrwania się za kraty, fajnie było, zapłacili, wzięli do jakiegoś programu i już. Czerwony balonik w prezencie od babci, na zdewastowanym śmietniku pełnym butelek wódki. Czego więcej może spodziewać się dziewczyna, która uczy się jak przetrwać z dnia na dzień, a nie myśli perspektywicznie? Jasne, no przecież nie pan Gliński będzie je wychowywał, on tylko na nich zarobi. Od wychowania jest państwo, skoro rodzina nie trzeźwieje. I co robi to państwo?
1. Karmi i uczy matematyki w zakładzie poprawczym.
2. Resocjalizuje robótkami ręcznymi na terapii i psychotropami na depresję.
3. Wypuszcza z zakładu.
I dalej, niepełnoletnich pilnuje potem kurator, pełnoletni idą w świat, ot tak, po prostu...
Trafiają do więzienia, szybciutko. Dziwne? Nie, mają ciepło, mają jedzenie, zero wysiłku, inni myślą za nich. Teoretycznie, bo gdyby naprawdę myśleli, to w więzieniu do dziś, zamiast internetu, byłby obowiązek pracy. Jasne, mamy bezrobocie, i oni pewnie zajmowali by nam miejsca pracy, prawda? Tylu chętnych do budowy dróg jest przecież, do sprzątania ulic...
Co robi więzień? Jak mija jego dzień?
Wstaje na apel, jest prowokowany przez klawiszy, z nudów kombinuje, robi tysiąc pompek, śpi wpędzając się w apatię, łyka tabletki w ramach konsultacji psychologicznych, co ambitniejszy - czyta i się uczy. Później wychodzi, tak jak trafił do więzienia, i... już.
Może kurator znów, ale psycholog? Terapeuta? Leczenie uzależnień? Najprostsza na świecie praca? Jakiś sens egzystencji, widmo powrotu do społeczeństwa? Cień szansy. Z wyrokiem w niewielu miejscach można podjąć pracę. Nawet jeśli dotyczył żony która w obronie własnej i dzieci, zadźgała męża psychopatę nożem. Dzieci straciła prawdopodobnie, perspektywy też, to pytam, co w życiu da jej nabyta umiejętność wydziergania na drutach kurczaka na jajko? Albo idzie na ulicę i wraca szybko tam skąd wyszła, albo staje się bezdomna. A bezdomnym daje się obiady, skarpetki i wyrzuca się ich za drzwi, bo na pewno przecież piją, ćpają i sami chcieli wieść taki żywot. No zgoda, tacy też są. Ale daje się wędkę, nie jałmużnę, właśnie po to, żeby odizolować jednych od drugich. Nie chcesz pracy? To nie. Idź żyj w kanałach, zbieraj puszki, czyściej będzie. I tu pojawia się kolejny bezsens systemu. Wychodzi z więzienia - staje się bezdomnym - zamykają go z powrotem, np za to, że nie płaci alimentów - wychodzi... i tak w kółko. Może to i tanie jest, ale produkuje bezproduktywnych obywateli. A dlaczego właściwie oni nie mogliby sobie żyć na tych ogródkach działkowych? O ile rzecz jasna, nie włamali się tam. I czemu nie mogliby sobie gdzieś pracować, posiadać jakiejś formy dokumentu, korzystać z zasiłku i mieć otwartych drzwi, a taki pan Stanisław z pod sklepu, co wszystko przepija z kumplami, może zajmować mieszkanie obok mnie, za które nie płaci i w którym nie ma prądu, jak sobie ode mnie nie pociągnie i w którym tak śmierdzi, że nawet mój kot nie wychodzi już na korytarz. A jak zrobi awanturę, to go policja nie może zabrać, bo chory na serce jest. Pieniążki państwowe ma, detoks raz na pół roku, za free i nawet mandatów za sikanie i spożywanie nie dostaje, bo straż wiejska macha rączką, ot taki, niegroźny menel. To rozumiem, jest jeszcze tańsze niż realna pomoc dla bezdomnych? Bo pana Stasia nie da się zresocjalizować, on powinien zostać tym bezdomnym z własnego wyboru, bo szansę miał i nie wykorzystał. Kwestia wspomnianej pomocy medycznej, też pozostawia wiele do życzenia. W konstytucji, jest taki zapis o tym, że każdemu, nawet nie ubezpieczonemu, należy się pomoc zdrowotna. Nikt jej nie respektuje i nikt o nią nie walczy, bo kto ma to robić? Bezdomny? Przecież on nie jest obywatelem... Ale mój pan Staś jest i to jakim! Jak się spierniczy ze schodów na głowę, to karetka pędzi na sygnale, bo zagrożenie życia... A to z kolei, kosztuje podatników mniej, niż zdezynfekowanie stóp bezdomnego. No i żyją tak sobie na marginesie społecznym, gdzie można przetrwać dzięki szczęściu i umiejętnościom. A społeczeństwo, które wymyśliło resocjalizacje ślepo egzystuje obok nich. Czasem rysując sobie szlaczki na tym marginesie...
P.S Nie uważam, że za wszystko ma być odpowiedzialne państwo i nie uważam, że rozbudowany socjal, jest korzystny. Uważam za to, że socjal polegający na dawaniu, a nie uczeniu, to studnia bez dna i bez efektów.
Ja też chciałam być wartościowym obywatelem i zdobyć realny i konkretny zawód. Najpierw jeden, potem drugi, w końcu trzeci... Pech chciał, że wszystkie były związane z rzemieślnictwem. Może to dlatego, że jestem kobietą, kilku mistrzów kowalstwa z którymi rozmawiałam, setnie się ubawiło słysząc czego chcę się uczyć. Jeden nawet niedyskretnie spytał, ile ważę. A szkoły nie ma, bo nie ma chętnych... Pan szklarz, wysłał mnie na kurs, a potem zaproponował, że jakieś praktyki ewentualnie. Kursów nie ma, tu w Warszawie nie znalazłam, może źle szukam? Ale określenia "jakieś" i "ewentualnie" i tak mnie trochę zniechęciły. No to złotnik - jubiler myślę sobie. Ale nie, szkoła zmieniła profil i już nie kształci w zawodzie, tylko prowadzi kursy. Na plaster mi taki kurs, ale chyba nie mam wyjścia, dopóki nie trafię gdzieś po znajomości.
Za to, gdybym chciała zostać informatykiem, administratorem, wizażystką, kosmetyczką, ekonomistą, księgową, technikiem bhp, to proszę bardzo. Nawet w prywatnych szkołach, te kierunki są darmowe. Przecież taki deficyt ludzi w tą stronę wykształconych... Nie wiem, co robi technik bhp, ale chyba nie mam predyspozycji do pilnowania higieny pracy, skoro oblizuję pędzelki po terpentynie, mój plan X, zakłada więc opcję ze ślusarstwem. Będę robić takie instalacje, że ci kowale pochowają się w imadła, zrobię mistrza i będę uczyć zawodu kryminalistów, recydywistów i młodzież i będę szczęśliwa. Najpierw jednak przykuję się kajdankami do siedziby Izby Rzemieślniczej, żądając nauki. Nie, nie będę się podpalać pod kancelarią premiera, chociaż przeszło mi to przez myśl.


poniedziałek, 30 lipca 2012

Think locally, fuck globally...

Miałam zacząć od tego, że powroty do pracy po urlopach wymagają nadludzkiego wysiłku już od wczesnych godzin porannych. Ale siedzę przy tak wygodnym biurku, że postanowiłam jutro zabrać ze sobą śpiwór i tu zamieszkać. Z szacunku, podłożyłam nawet chusteczkę pod kubek, bo podkładki nie znalazłam.

Obejrzałam ostatnio taki oto dokument:
Making Off Grażyna Żarko
Wstrząsnął mną. Bardziej niż nie jednym wstrząsnęła sama postać tej Pani, dopóki jeszcze wszyscy myśleli, że jest prawdziwa.
Bo oto dwóch młodych panów, z ambicjami, wymyśla sobie przy piwku Hiperprowokacyjny Projekt. Obnażą chamstwo w sieci. Co za odkrycie! Pulitzera, natychmiast! Doprawdy nie wiem, gdzie oni się uchowali, bo wystarczy wejść na zwykłe forum GW, a chamstwo się samo obnaża... Większość kontrowersyjnych projektów, jak zdążyłam zauważyć, jako głównego przekaźnika, używa samego pomysłodawcy (jak np.Wojewódzki), ale nie tu. Panowie, dla dobra sprawy, jak mniemam, postanowili pozostać anonimowi i w blask fleszy z nazwiskami i twarzami się nie pchać, więc zrobili casting. Na castingu, wybrali bogu ducha winną starszą panią statystkę, która naprawdę do serca sobie wzięła swoje zadanie i się przyłożyła. Szkoda, bo moim skromnym zdaniem, została wmanipulowana w poważny syf.
Że są ludzie z tak skostniałymi, średniowiecznymi poglądami, jak bohaterka inscenizacji, to chyba wie każdy. Że są tacy, co się zamiast argumentami, posługują wulgaryzmami, też wie każdy. Serio, potrzeba nam było serii filmików na YT, żeby obnażyć mentalność Polaków? Idę do sklepu za rogiem, i mam tam to wszystko jak na tacy podane. Panowie widocznie zakupów nie robią, tylko wysyłają po nie swoje żony, sami zajęci będąc odkrywaniem stereotypów...
To nawet jeszcze nie o to chodzi. Bardziej szkoda mi samej aktorki. Bo o ile nikomu nie zaszkodzi, chamski komentarz pod filmem, to już kamień rzucony w głowę na podwórku, przez jakiegoś narwańca może zaszkodzić. Ta kobieta, firmowała swoją twarzą pole bitwy. Nie twierdzę, że była nieświadoma tego, co robi. Bo na pewno była. Myślę tylko, że to nie fair narażać kogoś, a nie siebie dla tak bzdurnej idei. Jeśli istnieją ludzie, którzy na ulicy wołają za Piotrem Cyrwusem, "Rysio", to nikt mi nie wmówi, że nie znajdzie się taki, który przeoczył informację o tym, że Grażyna Żarko, to tylko fikcja i napluje w twarz Annie Lisak, która jest prawdziwa. A nie jeden opętany, znając jej prawdziwe imie i nazwisko i tak nie uwierzy, że jednak jej poglądy są zgoła odmienne i skończy się tragedią. Co wtedy obnaży ten eksperyment? Wcale nie fakt, że tracimy dystans do rzeczywistości, bo podobno takie było założenie. Raczej to, że tracimy zdrowy rozsądek w dążeniu do celu. A nawet dalej, że ludzkość jakoś tak bezpowrotnie, dąży do zatracenia tego rozsądku w ogóle...
Żeby ta moja tezę trochę uwiarygodnić, to na przykład, zapoznajmy się z wspaniałomyślną, globalną akcją, oszczędzania wody:
Imagine all the water
Ja nie mówię nie. Sama oszczędzam, jak mogę. Ale błagam...
"...aby wyprodukować buty ze skóry, potrzeba wiele wody do uprawy roślin na paszę dla krów, z których wyprawionej skóry wytwarza się buty.
Woda potrzebna jest także do produkcji butów wykonanych z materiału innego niż skóra, tak więc należy wykorzystywać posiadane buty jak najdłużej. Oznacza to kupowanie butów dopiero wtedy, gdy naprawdę ich potrzebujemy, i noszenie każdej pary wielokrotnie. A gdy już musimy sobie kupić nową parę, stare buty należy oddać do lokalnego punktu recyklingu lub jeszcze lepiej do sklepu prowadzonego przez organizacje dobroczynne."

Z tych krów, robi się też kiełbasę, kolokwialnie mówiąc, więc nie sądzę, żeby produkcja butów, akurat pod względem oszczędzania wody, była jakąś fanaberią. Wykorzystać posiadane buty jak najdłużej? Dobry żart, kiedy w świecie "taniej jakości" długo, oznacza tydzień, zanim nie odpadnie podeszwa. A te od których nie odpada, kosztują połowę mojej pensji... Oddać buty do PCK? To chyba tylko takie raz założone. Ortopedą nie jestem, ale na mój gust, to stopy w tym samym rozmiarze, jednak się od siebie różnią anatomicznie i chodzenie w cudzych butach nie jest zdrowe, że nie higieniczne, to nawet nie wspomnę.
No to co robić? Jak żyć?
Kupuj buty, wtedy kiedy chcesz, wyrzucaj znoszone na śmietnik, wspieraj akcję recyklingu i zakręć wodę myjąc zęby...
Jeszcze mam parę perełek.
"Przede wszystkim nie należy dopuszczać do zepsucia się nietrwałych owoców, takich jak jabłka, gdyż z chwilą ich wyrzucenia do kosza marnujemy też całą wodę użytą do ich wyprodukowania"
Brzmi sensownie. Ale trochę na wyrost. Ktoś kto się przejmie, gotowy w ogóle jabłka odstawić, bo mu sie zepsują jeszcze... A może by tak jakoś pod drzewko wyrzucić? Pestki wydziobią ptaszki, a jak nie, to może i coś urośnie? Się rozłoży, zgnije, jak Darwin przykazał, porządek świata zostanie zachowany. Chociaż przyznam szczerze, że mi osobiście jeszcze się chyba nie zdarzyło zepsuć jabłka w domu. Ba! Jestem tak ekologiczna, że nawet zjadam ogryzek. Serio.
O ryżu teraz, wszak jego uprawa pochłania ogromne ilości wody.
"Byłoby jeszcze lepiej, gdyby od czasu do czasu spróbować ugotować coś, co wymagało zużycia mniejszej ilości wody, na przykład ziemniaki."
Poważnie? Czy ci ludzie mieli kiedykolwiek do czynienia z ziemniakami? Do produkcji może i mniej potrzeba, ale - obierasz, myjesz ręce, myjesz ziemniaki, nalewasz cały garnek wody, który potem ląduje w zlewie, zmywasz ten garnek, nóż, obieraczkę, milion razy odkręcając kran (zmywarki nie ratują środowiska). Alternatywa? Wsypuję ryż do garnka, zalewam wodą tylko tyle, żeby go przykryło, odstawiam, ryż trochę nasiąka, potem gotuję i odlewam dużo mniej wody przy odcedzaniu, więc prawdopodobnie, biorąc pod uwagę popularność ziemniaków, wychodzi na to samo mniej więcej. Bardziej niż zużycie wody przy produkcji ryżu, martwi mnie zużycie ludzi przy tym procederze.
"Zmniejszając spożycie produktów mleczarskich, spowodujemy spadek zapotrzebowania na wodę i zmniejszymy presję na jej dostawy."
I don't think so. Widzę raczej rosnące ceny sprzedaży wobec malejącego spożycia. Widzę krowy, które nagle nie są potrzebne, widzę plajtujące gospodarstwa, czarno i tragicznie widzę a przede wszystkim widzę brak oscypka! To byłby najbardziej wstrząsający deficyt na świecie. Więc może lepiej skupić się, na wspieraniu mniejszych producentów. Prawdopodobnie jeden rolnik zużywa mniej wody, niż fabryka Nestle, chociaż wiadomo, że nie każdy może kupić sobie mleko z bańki. Proponuję więc lokalnych producentów, zamiast kolorowych etykietek Hochland'a.
"Indywidualne zużycie wody można z łatwością zmniejszyć, kupując mniej koszulek lub zamieniając ubrania z bawełny na odzież wykonaną z włókien sztucznych. Za każdym razem, gdy zakładasz jakąś sztukę odzieży, obniżasz jej wskaźnik zużycia wody. Tak więc zanim zdecydujesz się jakieś ubranie wyrzucić, spróbuj je maksymalnie wiele razy na siebie założyć."
Ale to ekologiczne, jak założę na siebie plastikową, pewnie chińską w dodatku, koszulkę, to spocę się tak, że ciężko będzie nazwać to oszczędzaniem wody, którą wypiję i bezsensu wypocę, po czym wypiję jeszcze więcej itd, itd. Mogę za to obiecać, że zanim wyrzucę swoje pierwsze w życiu śpioszki z 86 roku, spróbuję je jeszcze raz założyć! Będę próbować tak długo, aż uznam, że może jednak nikt nie zwróci uwagi, na ich stan ogólny i komuś oddam. A tak na poważnie, po prostu zrobię z nich ścierkę, jak ze wszystkiego innego, oszczędzając pieniądze i środowisko (modne ściereczki do kurzu, nie są wcale bawełniane...).

Jak widać, nie trzeba wcale zaszywać się w buszu, z jedna parą trampek i zapasem ziemniaków, żeby przyczynić się do ratowania naszej planety. Tak samo, jak nie trzeba żywić się jedynie nasionkami, żeby poprawić byt zwierząt. I tak, jak nie trzeba po trupach kontrowersji, otwierać ludziom otwartych oczu.


środa, 18 lipca 2012

Kwestia biustu, znaczy gustu...

Zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale zalała mnie zewsząd plaga obnosicieli własnego gustu. Znaczy, to bardzo fajnie, mieć takie sensowne poglądy na powłokę ludzką, ale czemu w tak bezsensowny sposób, jakim są fan page na fejsbuku. Jaram się rudymi/ brunetkami/ blondynkami/ wytatuowanymi/ opalonymi, Prawdziwa kobieta ma krągłości/ kości/ szparę między zębami/ mleko na dekolcie... etc. 
Zajęłam oficjalne stanowisko w tej sprawie, otóż - Jaram się tymi, którzy nie jarają się publicznie swoimi upodobaniami. 
I jeszcze jedno, drodzy chłopcy. Jak już się tak jaracie, i jak szaleni klikacie w te kciuki pod zdjęciami waszych bogiń z internetu, to nam tu na ziemi, tym bez photoshopa na twarzy i profesjonalnego fotografa pod ręką, wyświetlają się na tablicy te zdjęcia. Po pierwsze, przekreślacie na starcie własne szanse, ograniczając swoje przygody do historii przeglądarki, po drugie, nie mówię, że od razu przykro, ale trochę nieswojo nam się robi i populacja złośliwych feministek rośnie. A powiedzmy sobie wprost, zdecydowana większość, w realu i tak nie pogardzi tą która się trafi, bez względu na to, jak bardzo odbiega od waszego kanonu piękna, w przeciwieństwie do tych, którzy z gustem się nie obnoszą i trzymając fason, jedynie o nim wspominają. Przesadne uwielbienie do nierzeczywistego wizerunku, jest zaburzeniem seksualnym. Proponuję pójść krok dalej, określając swoje preferencje seksualne i dzielić się z innymi ulubionymi filmami porno. Paradoksalnie, to jednak więcej mówi o człowieku, niż bezmyślne lajkowanie cycków, tylko dlatego, że mają właściwy rozmiar i kolor włosów. To pierwsze, to charakter, drugie, to już chyba sport...

Trzymając się tematu gustu.
Wakacje.
Upadki biur podróży.
Straszna tragedia...
A mnie to na przykład, strasznie bawi, jak ludzie są naiwni. Wykupują all inclusive na podróż poślubną, żeby się codziennie zalewać darmowymi drinkami nad basenem w Tunezji. W przerwach jeżdżąc na zorganizowane wycieczki, zardzewiałymi autokarami z może i miejscowym, ale bardzo znudzonym przewodnikiem. Opcjonalnie, ze studentką turystyki, która tyle wie o danym regionie ile sobie przeczytała przed wyjazdem w wikipedii. A to wszystko, jedynie za równowartość miesięcznej pensji minimalnej. Kupuj wakacje na Grouponie... I już naprawdę nie będę wspominać o tym, że te wszystkie rodziny z gromadką dzieci i tatusiem na stanowisku, w życiu nie zwiedziły Bieszczad np, a woda w Bałtyku dla nich za zimna, ale za to plastikowe figurki z Egiptu piętrzą się na regałach w domu.
Przypomniało mi się, jak pojechałam, nastolatką będąc, na takie wakacje do Grecji. Z ówczesną Triadą, która z moim szczęściem, splajtowała właśnie w połowie moich wakacji, upływających w klimacie geriatryczno-encyklopedycznym. I nagle, nudny wypoczynek zamienił się w fantastyczną przygodę. Spało się na plaży, paląc ogniska z miejscowymi, którzy potem za darmo oferowali ciekawe zwiedzanie. Jak na przykład chodzenie po górach z całym dobytkiem na plecach, bo z hotelu nas wyrzucili, albo rejs na gapę z przesiadką na bliżej nie określonej wyspie, która z pozoru wygląda jak Ibiza. Pamiątki nie musiałam kupować, ukradłam ją sobie po prostu z Akropolu. Trzeba było oszczędzać pieniądze, więc jadło się pomarańcze i grejfruty, dzięki czemu, do domu wróciłyśmy o dwa rozmiary mniejsze i zadowolone, że ominął nas szwedzki stół hotelowy, z którego czasem nasi znajomi, kradli butelki paskudnego Ouzo. Na koniec, równie rewelacyjna pięciodniowa podróż powrotna autokarem, z postojami w Rumunii chociażby. Gdzie trzeba było oddawać zegarki w ramach łapówki (to były jeszcze czasy paszportów) a bose dzieci obrzucały kamieniami autokar, kiedy okazało się, że nie mamy drobnych, a my zastanawialiśmy się, ile to jest "drobne" patrząc na ceny gum do żucia, z tyloma zerami (i to były też czasy starych Leji) Tego, nie zapewni żadne biuro podróży. 

Pisząc tytuł, zastanowił mnie fakt powszechny nr.1. O gustach się nie dyskutuje. Właściwie dlaczego? A jak nie o gustach, to o czym? Czy ludzie tak bardzo nie umieją bronić swojego zdania, że nie dyskutują o nim, czy może są tak go nie pewni, że boją się ulec wpływowi, albo może dyskusja w dzisiejszych czasach kojarzy się już tylko z kłótnią?