poniedziałek, 5 listopada 2012

Ę, ą, ależ...

... czyli jak zabić wewnętrznego artystę i podciąć skrzydła swojemu feniksowi.


Zaczęło się od maila. Ludzie! Co to komu przeszkadza, że kojarzy się z programem kulinarnym w TV? Już aż tak daleko posuniętą mamy formę oceniania treści książki, po kodzie kreskowym na okładce?
Szanowna Pani, na przyszłość radzę zmienić adres, na imienny... bla bla, a może ja nie lubię swojego imienia? Bo mnie tak nazwali rodzice a ja nie chciałam i tak na prawdę, chcę nazywać się Zupa Pomidorowa? A jak by mnie nazwali Zupa Pomidorowa, to czy byłabym wtedy mniej poważnym i godnym zaufania człowiekiem niż cała reszta?
"What's in a name? That which we call a rose, by any other name would smell as sweet."

To raz. A dwa, oficjalne formy wszystkiego. Równa ilość linijek, w lewo, w prawo, na środek, zero inwencji, jak by to nie była pusta kartka w wordzie, tylko jakiś tajny kod do złamania. A jak ci się nie uda go złamać, to nie przyjmą cię na posadę kierowniczki spożywczaka za rogiem. Aplikujący, powinni pisać jak chcą, a flądry z działu rekrutacji (serdecznie przepraszam, wszystkie flądry i wszystkie panie rekrutujące) powinny z tego wybierać, kandydatów którzy im odpowiadają. Moje cv, to ja. Albo mnie bierzesz bo ci odpowiadam, albo szukaj sobie japiszona pod krawatem. Podobno nowy dresscode na ten sezon, to garnitury unisex. Czekam, aż im każą chodzić w jednakowych szarych albach i tłuc czołem o dywanik w sali konferencyjnej.
Ja wiem, że my jesteśmy w Unii, że nam się marzy jakaś Ameryka, ale ludzi się nie da popakować w jednakowe pudełka o tych samych standardach.
Może dlatego Relanium ma takie wzięcie...
Koniec z tym. Od dzisiaj, wyciągam maszynę i każdy list motywacyjny, każde cv, napiszę na maszynie i wyślę pocztą. Zastrajkuję internet. Niech mi odpisują tak samo. Przynajmniej będę miała z kim wymieniać korespondencję, bo stoen i pgnig już mi się znudziły. Będę robić wycinanki, komiksy, kolaże, pisać rymy, wierszyki i akronimy, cokolwiek, byle już nigdy więcej nie klepać tak obrzydliwie napompowanych formułek. W końcu to nie jakieś Wall Street, tylko ojczyzna elektryka-noblisty, to chyba do czegoś zobowiązuje.
Jestem grzeczna, kulturalna i wychowana (jakoś tam, no ale zawsze to coś) i potrafię to okazać niekoniecznie w formie ogólnie przyjętej w społeczeństwie. Jak na przykład, mówienie do księdza dzień dobry, no bo to grzeczne prawda? Nie muszę wiedzieć, jak sobie tam inni do niego mówią, fakt jest faktem, uprzejmie go witam, forma dostosowaną do okoliczności a nie branżowym slangiem. Branżowego języka, mogę się nauczyć, jak już w to wejdę, a nie wykazywać się nim na starcie, tak samo jak dwudziestoletnim doświadczeniem, tuż po studiach i solidną praktyką w zawodzie, w wieku lat szesnastu.
Skąd się bierze ten brak luzu?






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz