środa, 7 listopada 2012

Otworzyłam trzecie oko...

... i ono też chyba nie dowidzi, jak się okazało.

Ale od początku.
Bezczynność rodzi stres, poważnie. Zaczęłam się więc wkurzać, tak dla wprawy. Polityka mnie zaczęła wkurzać. Ba! Cały świat mnie zaczął wkurzać. Wypadało by się jakoś zrelaksować. Pomiędzy piątą a dwudziestą kawą, wymyśliłam - joga. O ile rozciągnięcie się i przybranie pozycji linoskoczka po upadku z 50 metrów na bruk, było zadaniem niezbyt skomplikowanym, to już z filozofią poszło mi gorzej. Skorzystałam sobie z internetu rzecz jasna, bo kto w dzisiejszych czasach potrzebuje wychodzić z domu, szczególnie w taką pogodę, żeby się czegoś nauczyć. I tutaj - portal.abczdrowie.pl znalazłam praktyczny poradnik. Mam jednak kilka uwag, jak zwykle. Przesadzonych (jak zwykle), ale nie bez powodu. Ponieważ medytacja, to jednak nie jest hobby dla wszystkich.

  • Usiądź wygodnie, wyprostuj się, rozluźnij ramiona, lekko unieś głowę. Możesz siedzieć po turecku lub w typowej pozycji siedzącej, ze stopami dotykającymi podłogi, a rękami na udach. Ważne jest, aby medytować, siedząc prosto. Jeśli spróbujesz medytacji leżąc, jest bardziej prawdopodobne, że zaśniesz niż wejdziesz w stan medytacji. Nie należy medytować po zjedzeniu ciężkostrawnych posiłków – poczujesz się senny. Jeśli to możliwe, weź prysznic i włóż czyste ubrania przed medytacją. Spróbuj się wyłączyć. Jeśli chcesz medytować po pracy, postaraj się nie myśleć o całym dniu i problemach z nim związanych.
Usiadłam. Przed laptopem, na łóżku, bo mi do głowy nie przyszło najpierw przeczytać potem robić. I czytam, że mam się umyć i przebrać w coś czystego... Po pół godzinie spróbowałam raz jeszcze, w dresach z plamą od wina i trzęsąc się z zimna po prysznicu. I zgłodniałam... Zanim popędziłam po cztery kajzerki z żółtym serem i toną musztardy, wpadł mi w oczy fragment o ciężkostrawnym jedzeniu. No dobra, co mi tam, poczekam ze śniadaniem. A na przyszłość zaplanuje ten relaks jakoś pomiędzy posiłkami, papierosami i kawą. Tym sposobem, na medytacje przypadnie mi jakieś 10 minut w ciągu dnia. Dobre i to.

  • Zamknij oczy i weź kilka głębokich oddechów. Powiedz sobie, że przez następne 10-15 minut nie trzeba myśleć o przeszłości i przyszłości – wystarczy skoncentrować się na chwili obecnej, a medytowanie będzie prostsze. Ten etap relaksu to wstępny etap do medytacji, ale warto podkreślić, że medytacja jest czymś więcej niż tylko relaksem.
Opanowałam burczenie w brzuchu i chłód, ledwo zamknęłam oczy i wpadłam w hiperwentylacje, bo zadzwonił telefon. Mama.
- przeszkadzasz mi!
- tak? a znalazłaś już pracę?
Szlag trafił resztę wyłączania się i nie myślenia o przeszłości i przyszłości. To poszłam zapalić koncentrując się na chwili obecnej.  


  • Staraj się skupić na własnym oddechu, nie na codziennych problemach. Oddychanie ma duży wpływ na nasz umysł. Jeśli możemy, wyciszmy oddech – pomoże to spowolnić nasz umysł. Jednak skupianie się na oddechu i niczym innym nie będzie miało korzystnego wpływu na naszą medytację. Piękno medytacji to jej prostota – wystarczy być w pełni świadomym oddechu, a poczujesz spokój ducha.
Podejście numer dwa. Cudowne pięć minut udało mi się utrzymać pożądany stan świadomości własnego ciała. Bo potem zaczęło mnie łupać w krzyżu, rzęzić w płucach i zdrętwiały mi kolana. Myśli o tym, że chyba się starzeję posypały się już po tym jak lawina. No trudno. Poszłam zapalić i przeniosłam się z poduszką na podłogę. Naprawdę nikt nie widział, że po drodze z kuchni zjadłam batonika...

  • Kolejnym krokiem jest rozluźnienie mięśni od czubka głowy do palców u stóp. Można to zrobić za pomocą napinania i rozluźniania po kolei wszystkich mięśni lub za pomocą wyobrażania się, że mięśnie te się rozluźniają (niektórzy sugerują, aby wyobrażać sobie ciepło w poszczególnych partiach ciała).
Dwa razy musiałam to przeczytać. To miał być relaks a nie jakiś fitness. Zastosowałam swoją technikę przerzucania bólu, tylko trochę zmodyfikowaną. Polega to na tym, że jak boli mnie głowa, to z całych sił staram się wmówić sobie, że boli mnie ząb i sobie to wyobrażam. Zwykle działa na tyle, że nie używam tabletek przeciwbólowych. Skupiłam się więc, na tych mięśniach. I to tak skutecznie, że złapał mnie skurcz w łydce. Prawdopodobnie, jak zwykle spowodowane odwodnieniem po nadmiernej konsumpcji kawy, ale uznałam, że to moja świadomość tak cudownie działa i o mało nie zrezygnowałam z dalszej części medytacji. Jak mam taki wpływ na własne ciało, to po co mi jakieś hinduskie modły. Skoro jednak już zaczęłam... 


  • Na medytację składa się także odliczanie od 20 lub 10 do 1, podczas którego wyobrażamy sobie poszczególne liczby. Nie myślimy wtedy o niczym innym.
I to było najfajniejsze. Do tego stopnia, że musiałam przerwać i zacząć te liczby rysować, bo mi się spodobało. 

  • Podczas medytacji możemy próbować nie myśleć o niczym, co bardzo rzadko się udaje, szczególnie na początkowym etapie nauki. Można wtedy zamiast tego wyobrazić sobie miejsce pełne bezpieczeństwa i przebywać tam w wyobraźni.
Co zrobiła Lilou? No jasne, zaczęłam standardowo, od bezludnej, egzotycznej plaży a skończyłam w jakimś buszu z plemieniem ostatnich na świecie kanibali... Ale odhaczyłam ten punkt, bo udało mi się po przebywać we własnej wyobraźni całe 15 minut. Potem kot, myśląc chyba, że umarłam, wpakował mi się na kolana i zaczął prosić o jedzenie. 


  • Afirmacja może być ważną częścią medytacji. Afirmacja oznacza, że powtarzamy sobie pozytywne zdanie, takie jak na przykład: „Czuję się coraz lepiej”.
Usilnie starałam się nie myśleć "Rośnie mi biust, do miseczki C", ale poległam. Potem spróbowałam z "Właśnie znalazłam fantastyczną pracę" i "Czuję jak moje talenty osiągają szczyt". Jak w końcu otworzyłam oczy, to się okazało, że niestety wszystko jest po staremu. Trzeba było poszukać lampy alladyna...



  • Wyjście z medytacji to odliczanie od 1 do 5, także z wizualizowaniem sobie poszczególnych cyfr. Można sobie także pomyśleć, jak zrelaksowani będziemy za chwilę, kiedy skończymy medytację.
Bzdura. Ja wyszłam z hipnozy, to znaczy z medytacji otwierając oczy i biegnąc do kuchni po papierosa. Nie zdążyłam doliczyć nawet do trzech.

Koniec końców, zajęło mi to jakieś dwie godziny, oczywiście z przerwami i tak mnie zmęczyło, że... poczułam się zrelaksowana, i to w poniedziałek!
Z czystym sumieniem stwierdzam, że medytacja przeszła pomyślnie test rozładowywania napięcia, następnym razem jednak, polecam strzelnicę.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz