piątek, 22 czerwca 2012

I'm fine, thanks.


Rozmawiam ze studentami i słyszę "No ale jak to? Nie skończyłaś szkoły? Dlaczego? Przecież tyle matek daje sobie z tym radę..." Szok, nie? Czemu kochana Lilou, nie zapieprzałaś z książkami w przerwach pomiędzy bujaniem wózka a zbieraniem zabawek z dywanu? Swoisty Gap year, kiedy uczysz się trzymania równowagi, pomiędzy pracą, sobą a kimś trzecim. Uczysz się, że stabilizacja niekoniecznie jest nudna a obowiązki wcale nie zniewalają, i jeszcze, że dojrzewanie nie musi być poważne i nie pozbawia cię charakteru i tożsamości To najlepsza szkoła życia. Magistra nie mam, ale za to mam świadomość, że nauczyłam się odpowiedzialności i dbania o własny tyłek, bez pomocy mamy i jej karty kredytowej, o ile taką ma... Szkoła? Jasne, chętnie, ale nie dlatego, że muszę. Nie muszę, frytki można sprzedawać równie dobrze i bez wyższego wykształcenia. Czy może się mylę i absolwenci ekonomicznych kierunków lądują na wymarzonych stanowiskach? Moimi ulubieńcami są ci, którzy studiują po pięć kierunków. Wiadomo, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego... Ja wiem jak mija im czas. I znam takich, co się obudzili po skończeniu trzech kierunków i zaczęli pić, bo właściwie pracy nie ma, IQ ciągle takie samo, a życie gdzieś uciekło... Są jeszcze tacy, którzy patrzą na mnie i prychają, bo gdzie tam mierzyć mój rozwój intelektualny z ich filologią, psychologią. No zmarnowałam sobie życie i potencjał jak nic. To pytam wtedy grzecznie, czy nie zdają sobie sprawy z tego, że niemowlakom można czytać książki po angielsku i w innych językach, puszczać mu taką samą muzykę jakiej się słucha, rozwijać swoje pasje razem z nim i traktować jak małego, mądrego człowieka a nie upośledzoną niemowę z innej galaktyki. Litości, to nie jest koszmar i koniec świata o ile masz siłę. Po pierwsze, jestem człowiekiem, po drugie, kobietą, dopiero po trzecie matką. Potrafię grzebać sobie w głowie i wyciągać z niej to, co jest mi akurat potrzebne. Nie opowiadam na imprezach o kolkach noworodków i problemach rozwojowych czterolatka, i analogicznie, kiedy moje dziecko mnie potrzebuje, to reszta nie istnieje. Wytykają mnie palcami, "tak? to kiedy masz czas dla siebie mądralo? zobacz, masz niepomalowane paznokcie." Ano mam czas dla siebie, ale może nie koniecznie wybieram wtedy pomiędzy malowaniem paznokci a leżeniem na kanapie przed telewizorem. Być może dlatego, zdarzają się jeszcze ludzie, którzy ze mną rozmawiają. I nie są to panie w przedszkolu, ani leniwe mamusie w parkach...
Tak, elokwencja i budowanie własnej tożsamości, to jedno, a pieniądze, to drugie.
Oczywiście, że zazdroszczę tym, którzy łączą pasję z zarabianiem. Jednocześnie wierzę, że dla każdego przychodzi taki moment, tylko trzeba go nie przegapić. Teraz może być ciężko, i niech się wali. Ale komu się nie wali? Ano tym, którzy:
a) ustabilizowali swoją pozycję i kryzysy mają za sobą (tak, to zwykle ci ok.40...)
b) tym których rozsądek rodziców, pozwolił im zabezpieczyć przyszłość (tak, to zwykle te dziewczynki od zdjęć z lustrzanką, wywalonym biustem i dziubkiem ewentualnie "hipisi w martensach, za pieniądze mamy")
c) utrzymują tylko siebie i są odpowiedzialni tylko za siebie (i tak, to akurat ci, których spotkasz w drogich knajpach, codziennie z inną, lub te, które wozi prezes)
No dalej, zarzuć mi, że kieruję się stereotypami. Tylko, że ja tego nie robię, to po prostu ludzie sami w nie wchodzą, a ja usilnie szukam tych, którzy udowodnią mi, że są inni. Doprawdy, to ginący gatunek...
Więc praca. Czasem trzeba brać, to co jest i nauczyć się być w tym najlepszym. Choćby to było sprzedawanie wędliny, za najniższą krajową i choćby się tego nienawidziło. Jak ogarnie cię brak nadziei i rezygnacja, to polecisz i zostaniesz tą panią z mięsnego, z paskudną miną, już do końca życia. Ale czemu by nie zostać ekspertem od mięs, zacisnąć zęby i przeczekać gorszy okres z podniesionym czołem? Inna okazja się trafi, ale komuś innemu jak jej nie zauważysz gapiąc się w sufit z bezsilności.
Rozpieprzyło mi się wszystko, na raz, jak zwykle. Zrobił się bajzel i pogorzelisko. Ale ja sobie posadzę kwiatek na środku, nadal będzie burdel a przynajmniej ładny. Jak się potknę, to wstanę i się otrzepię. Albo nawet i nie, poleżę tak trochę i popatrzę na świat z innej perspektywy. Tej gorszej, nieudanej, co mi tam. Potem ruszę biegiem, jak przyjdzie na to czas.
Bo Gap year, w każdej postaci, uczy że, szczęście nie leży na ulicy, nie ma go na wystawach sklepowych, nie pochodzi z miłości, ani z konta bankowego, ani nawet z czekolady (nieprawdopodobne doniesienie, dla pocieszających się bulimiczek). Szczęście, to taki guzik, który trzeba sobie włączyć samemu, raz na jakiś czas.
Jest źle? No to "Urządzę sobie, kurwa, odlotowe święto!"



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz