poniedziałek, 22 października 2012

W poniedziałki nie jest śmiesznie.

Nie do wiary, jak człowiek poci się czasem, żeby coś błyskotliwego wyprodukować i nic z tego nie wychodzi, a jak ze złości wystawia wannę na allegro, zupełnie nie profesjonalnie, to link do aukcji po forach lata...
Ludzie, tak to ja mogę cały dom wyprzedać. Mam jeszcze "Zaplute i zarzygane krzesełko do karmienia", "Zajechany i rozmontowany rowerek", "Zestaw nadmuchiwanych badziewi do moczenia dzieci w wodzie" i "Pare spranych szmatek, ale za to z metkami", a jak za mało, to  i "Zadeptany dywan" się nada.
Chyba zajmę się tym profesjonalnie. Mogłabym zostać aukcyjną copywriterką, jest takie coś?

Miałam napisać o tym jak bardzo nie fajny jest film "Jesteś bogiem", ale nie napiszę, co oczywiście nie oznacza, że zmieniłam zdanie. Do piątku, sądziłam, że istnieje w nim jakieś przesłanie, alegoria, metafora, symbol. Cztery kwadraciki w każdym monitorze. Aż okazało się, że oglądałam wersję reżyserską... I to nie jest nadinterpretacja, to zwyczajna wiara w ludzi, no bo chyba jak ktoś robi film, to musi mieć jakiś trzeci wymiar, czy drugie dno. A tu nic! No nic zupełnie. Dzieło o depresji młodego człowieka z pasją, stającego na progu dojrzałości. Kto przez to nie przechodził? Dobra wiem, są tacy, co przechodzą dopiero po czterdziestce. No i Piotruś Pan. Pragnę tylko zauważyć, że Magik był schizofrenikiem i sprowadzanie tego do strachu przed bilbordami, to jakieś nadużycie, umniejszające cierpiącym na to zaburzenie. Zostało udowodnione, że schizofrenicy, odczuwają większą empatię, niż zwykli nerwicowcy. Bo ci, w depresji chociażby, skupieni są wyłącznie na sobie. Nie zagrał mi ten film. Na niczym mi nie zagrał. I nic mi nie zrobił. A to nie dobrze. Nawet krótkie filmiki Isabelli Rossellini, w których przebiera się, przeróżne robaczki i pokazuje jak ze sobą kopulują, są lepsze od tej produkcji. O proszę tu na przykład:

O Basenie Narodowym też nie napiszę, bo już mi się to znudziło.
Gdzieś tam, w okolicach Tarnowa, hiszpanie ukradli nam...700metrów asfaltu. Zwinęli, tak normalnie, jak w tych kawałach o Wąchocku. Nie śmiesznych wcale. A to jest śmieszne, bo oni nie dość, że zabrali, to jeszcze nie chcą nikomu powiedzieć dlaczego. Skryci asfaltobiorcy, tacy. Żeby było jasne, ci hiszpanie to firma budująca autostradę, w pobliżu tej drogi, którą ukradli, jak już skończyli budować. Nie wiadomo teraz, na pamiątkę wzięli, po złości, czy może chcą nową zrobić?
Ale u nas to tak jest, tu nawet profesjonalnych morderców nie ma. Jeden taki, przyniósł na komisariat odciętą głowę w siatce, żeby się przyznać, że to on zabił.  Wszystko ładnie, szlachetnie, tylko po co on to taszczył ze sobą? Żeby nie uciekła? W komentarzach na onecie, rzecz jasna, rozpętała się burza, na temat kary śmierci. Co to za nazwa? Kara. Zwłoki chyba nie odczuwają skruchy, choćby się je karało w kółko i na okrągło. A sama śmierć nie może być karą przecież, bo znaczyło by to, że jesteśmy wszyscy winni. Sprostujmy więc, to nie kara śmierci, tylko eliminacja wadliwych jednostek społecznych. I od razu ładniej brzmi. Nie nie. Ja nie popieram kary śmierci. Ja to bym te wadliwe jednostki widziała przy budowie metra, mostów i dróg najchętniej. Ale niestety, ci wyżej uważają, że najlepszą karą jest izolacja, zamiennie ze śmiercią czy tam dożywociem. No przecież nie można z tych morderców, gwałcicieli i pedofilów robic niewolników. To by było niehumanitarne...


poniedziałek, 15 października 2012

Day, by day, by day...

Skoczył drodzy Państwo i przeżył i nawet się nic nie zepsuło. Z całej relacji, największe zainteresowanie wzbudził we mnie pierścionek mamy Felixa Baumgartnera. Taki duży zielony łepek kosmity - co by tłumaczyło, dlaczego jej dziecko postanowiło wyskoczyć z balonu, ze stratosfery na chusteczce higienicznej i wylądowac w Roswell. Za to moja babcia na przykład, rozemocjonowana oznajmiła, że jak już się puścił, to ją zakłuło w żołądku:
- bo przecież, jak by to było wyżej, to by nie spadł, tylko został tam w kosmosie.
Przejęła się kobiecina, bo wiadomo, taki pusty, czarny wszechświat... I bez jedzenia!
Ciekawe, swoją drogą ile już tam lata takich szkieletów w skafandrach...  No ale ja ją rozumiem, bo jak chodziła do szkoły, to drugiej strony księżyca, jeszcze wtedy nie zamieszkiwali naziści. Później, przeczytałam, że spadając Felix osiągnął prędkość światła. Rzeczywiście, w takim razie pobił rekord, ba! zasłużył na nobla.
Astronomia, to jest taka chyba najmniej rozpowszechniona dziedzina wiedzy wśród zwykłych ludzi. Nasa kojarzy się ze strefą 51 a komety i meteory z Clarkiem Kentem. Lubię więc kolekcjonować takie fajne "mądrości księżycowe", jak je nazwałam.
"Ciekawe czy da się obejść księżyc?" - taaak, da się, w podskokach, jak wielką dmuchana piłkę!
"Przecież nie da się lądować na gwieździe, bo jest gorąca" - da się, w okularach k-pax'a, żeby nie oślepnąć...
"Jak te rakiety omijają gwiazdy? Da się nimi sterować?" - trzeba mieć prawo jazdy kategorii X i egzamin z międzyplanetarnego ruchu, plus bardzo dużo pary w rękach bo kierownica jest duża.
"Inne planety nie maja chmur, bo tam nie paruje woda" - widocznie kosmici piorą w azocie, chyba, że mocno poplamione, to w siarce.
Etc. Panie Lucas, coś Pan narobił? Było komedię romantyczną nakręcić...

Mamy Światowy Dzień Mycia Rąk. Z tej okazji, obiecuję - nie wezmę dzisiaj żadnej łapówki, choćby nie wiem, jak mi wciskali. Chyba, że chodzi o umywanie rąk. To obiecuję, umywam ręce od wszelkich nadprogramowych obowiązków tego dnia. Przyszła mi do głowy też Lady Makbet, z tym swoim uporczywym szorowaniem dłoni, a potem nerwica natręctw, polegająca na notorycznym myciu rąk, aż do kości. A jeżeli, to ten higieniczny aspekt, jest brany pod uwagę, proponuję Światowy Dzień Mycia Środków Transportu Miejskiego, bo moje czyste ręce i antybakteryjny spray, na niewiele się tam zdają, nawet po tym, jak ekspert TVN'u pokazał mi jak powinno się je myć poprawnie. Przez 30 sekund. A jeśli nie mam stopera, to co? No i gdzie się podziała ekologia? Minimum 10 razy dziennie, przez 30 sekund, mam szorować wyimaginowane bakterie e.coli a w Afryce ludzie padają jak muchy. Metoda detektywa Monka jest lepsza. Rękawiczki i chusteczki. A w ogóle, to najlepiej zostać w domu. W sterylnym kokonie. I w maseczce higienicznej, przed telewizorem oczywiście.
W którym to, Adaś, Nergal znaczy, będzie opowiadał, co go skłoniło do napisania książki. Nie uwierzycie, ale to wcale nie kasa, fame i sensacja, nie. Jemu się wydaje chyba, że jest wcieleniem Crowleya a te ciemne masy, znaczy my, jeśli miały kiedykolwiek, cokolwiek wspólnego z hedonizmem, to tylko encyklopedię, w której jest to hasło. Adaś ma misję, wytłumaczenia nam, za pomocą tego, co już kiedyś zostało powiedziane, dość banalnie wręcz, dlaczego religia jest zła a on nie. Niestety, klipy robi fajne, spoty reklamowe książki, tez niczego sobie, ale chyba długo jeszcze będzie musiał czekać na wpis do encyklopedii, pod hasłem filozofowie współcześni. Mój osobisty piedestał, odbiera mu Acidowy  Titus, ze swoim:
"- Ty, a nie masz problemu z takim ubiorem, kiedy chodzisz na wywiadówkę czy do kościoła?
 - Do kościoła? A gdzie to jest?"
I wszystko jasne.

piątek, 12 października 2012

Szortpress

Dostałam Nobla. Wy też. I mój kot i sąsiadka z bloku, nawet moje dziecko, co daje mi niezniszczalny argument wychowawczy:
- nie możesz marudzić, jesteś laureatką pokojowej nagrody nobla!
Wyliczyłam sobie, że na każdego, przypadnie 0,0071643715943898425020171536986907 zł. Nie wiem, jak zamierzają mi to wypłacić i jeszcze potrącić podatek od wygranej, ale jak nie dostanę przelewu, to się poskarżę do Brukseli, że mnie okradają. Kto jak kto, ale ja na pewno zasłużyłam na wyróżnienie w dziedzinie pokojowej (te puszki, co mi upadły z klifu, to było dawno i niechcący). Z tej okazji, nawet przeleciałam sobie laureatów, jednym okiem. To znaczy listę laureatów, na wikipedii. Jaser Arafat, Nelson Mandela, Gorbaczow, Matka Teresa i Woodrow Wilson, chciałam edytować artykuł, żeby się tam dopisać, obok nich, ale chyba się coś zepsuło... No nic, poczekam, aż dostanę w dziedzinie literatury.
Przy okazji, czy aby przypadkiem od kilku lat, w komitecie noblowskim nie zasiadał Terry Gilliam albo John Cleese? Bo już nie wiem, czym to wszystko wytłumaczyć.
Pozostając w klimatach kulturalnych, widziałam trailer Bitwy pod Wiedniem. Chcę zapomnieć, że go widziałam. Zaczynając od białego orła, który powstał w latach międzywojennych, a tam powiewa sobie nad husarią, beztrosko spoglądając nie w ta stronę co trzeba, a na Alicji Bachledzie-Curuś kończąc. I to wcale nie dlatego, że mam "husarską traumę". To był horror, ale innej kategorii. Włosi... A Fellini to już chyba ma rożen do przewracania się w grobie. Habemus Papam, kto reżyserował? No też włoch.
Są takie perełki zresztą, każdej narodowości, my mamy np Wiedźmina w którym gościnnie wystąpił Jabberwocky, jako smok. I to nie ten z wiersza Lewisa Carrolla. Pianista tez mi się podobał. Wyprodukowali francuzi, scenariusz pisał pół polak, pół francuz na spółkę z gościem z RPA, amerykanin zagrał polaka mówiąc po angielsku, a reżysera zamknęli w areszcie domowym, a to przecież chyba nie była czeska komedia? Zapomniałabym o Bitwie Warszawskiej, którą wytańczyła Natasza Urbańska i która okazała się być melodramatem, a nie filmem wojennym. Taki joke zrobili z tym tytułem tylko, żeby poważniej brzmiało. Ale to Hoffman w końcu. Po Starej Baśni, zapomniał chyba, że kiedyś zrobił Znachora i  Trędowatą. Jednak zdecydowanie wolę offowe kino polskie.
Ah, no i z niecierpliwością czekam, aż wreszcie pan Baumgartner skoczy z tej stratosfery, bo wtedy każdy następny, będzie musiał skakać z księżyca, i to dopiero będzie wydarzenie. Byle go tylko astronomowie z kometą nie pomylili, jeszcze wyślą Supermana z odsieczą...



środa, 10 października 2012

Keep calm and... whatever

Kiedyś, lubię to słowo, prawie jak pomidory z majonezem. Więc kiedyś, to było tak, że Mama stawała na baczność o 17, jak Tata z pracy styrany wracał, dzieci w rządku, pościskane wykrochmalonymi kołnierzykami, pies odpchlony, świeżo kąpany, nówka sztuka, podłoga na błysk, zlew pusty a w powietrzu pachnie morską bryzą z Peweksu, chociaż to środek Warszawy. I tak wolnym krokiem z korytarza, żeby przypadkiem nic nie ubrudzić, przechodzili do jadalni, na wspólny pięciodaniowy posiłek z deserem też, wcale nie zamawianym z cateringu jakiegoś Polskiego Jadła, tylko ręcznie krojony, obierany, smażony, duszony...
Ale to kiedyś. Teraz, to słowo też lubię, dla odmiany, jak schabowego z surówką. Więc teraz, mamy tak, że im gorzej tym lepiej i fajniej. Poważnie. Mama pisze blog o tym jaka jest wyrodna, bo pisze blog, kiedy dzieci w tym czasie w rządku, owszem, układają kuchenne noże, na zmianę jedząc kocie rzygi i wczorajszy obiad spod łóżka. Miarką hipsterstwa rodzicielskiego, jest sterta naczyń w zlewie. A jak jest zmywarka, to w niej też. Najlepiej i tu i tu. Zapominanie o wszystkim jest również na topie, te najlepsze z najlepszych, zapominają zabrać dzieci, wychodząc z domu. Na obiad są spalone garnki z deserem w postaci żarcia na telefon. Tata nie wraca o 17. O ile w ogóle wraca. Bo często się gdzieś gubi, przyczyniając się do otyłości Matki, a jak wiadomo, puszyści mają większe poczucie humoru, dzięki czemu wskaźniki popularności bloga Mamy rosną w zaskakującym tempie. Ale, jeśli już Tata wraca, to na wejściu potyka się o kota, wrotkę i stos poradników dla wyluzowanych rodziców. Nie przejmuje się tym oczywiście ani trochę, ponieważ właśnie wyszedł z łóżka młodej kochanki i ma siłę na zabawę z dziećmi. Najlepiej na taką przy której można poprzewracać trochę krzeseł. Bo bałagan przecież mają ci, którzy w środku są uporządkowani. Dzieci nie maja stałych pór snu, zgodnie z metoda wychowawczą Attachment Parenting, czy jakąś inną. Nie mają tez swoich łóżek, zasypiają gdzie popadnie, jak popadnie i o której bądź, byle już tylko wreszcie poszły spać. Odnotowałam, że modne jest mówienie i pisanie o tym jak bardzo ma się dość własnych dzieci i używanie przy tym wulgaryzmów, dla kontrastu z równoczesnym zapewnianiem o miłości. Im mniej wkurwia cię twoje dziecko, tym jesteś gorszym rodzicem, bo chyba coś kręcisz i może to wcale nie twoje, tylko od sąsiadki pożyczone. 
A tak na serio. Serio, tego słowa nie lubię prawie jak smalcu i śledzi. Czy właściciele kotów, psów i rybek akwariowych, także potrzebują dopasować się do określonej stylistycznie roli opiekuna? Chce przeczytać bloga o sfrustrowanym kocim panu, bo sfrustrowanych, śmiesznych i błyskotliwych mam, mam już dosyć. Nie no, nie żebym była lepsza, ale ja lubię mieć pozmywane i mam ogromne wyrzuty sumienia z powodu bałaganu, nawet codziennie powtarzam sobie "głupia babo, weź się do roboty, albo naucz dziecko zmywać".
Nie działa, bo pewnie pomyliłam poradniki. Zamiast przeczytać ten o autosugestii, przeczytałam "Jak zrobić, żeby się nie narobić". 
Wnioski końcowe:
1. Pakuj wszystko w pudełka, kartony i koszyczki - nie widać bałaganu, a czasem można tam znaleźć pieniądze po pół roku, kiedy zdąży się już zapełnić tym wszystkim, z czym nie wiadomo co zrobić.
2. Używaj w kółko jednego talerza, miski, kompletu sztućców, kubka etc. - wiem, jak strasznie kusi wziąć czysty widelec, zamiast wygrzebywać poprzedni spod stosu naczyń w zlewie, żeby go umyć. 
3. Wszystkie wolne przestrzenie pod szafkami i łóżkami należy pozastawiać, pudełkami z punktu 1 - szczególnie jak masz kota który wymiotuje kłakami i dziecko. A także po to, żeby kurz nie wydostał się na zewnątrz w najmniej odpowiedniej chwili, czyli akurat jak mama wpadnie na kawę.
4. Nie prasuj, pierz i wieszaj tak, żeby było równiutkie. Deska do prasowania, to kolejny zbędny mebel, a żelazko zużywa prąd, jest niebezpieczne i się psuje. Podobno, ale głowy nie dam, bo nawet nie wiem jak się je włącza. 
5. Kup sobie Cilit Bang! Albo cokolwiek, co się pieni i myje. Szoruje tak dobrze, że już nie pamiętam jaki był wyjściowy kolor moich ścian. Ale dzieci nie domywa, dzieci najlepiej zanurzyć w wannie i moczyć dopóki wszystko nie poodpada.
6. Nie odkurzaj wszystkich rozsypanych paproszków. Kup wałeczek do ubrań w Ikei. W ilościach hurtowych. Świetnie zbiera okruchy chleba z dywanu, jest niedrogi i można nim przetrzeć kota, tak zapobiegawczo, żeby nigdzie kłaków nie zostawiał, chociaż przez pięć minut.
7. Jak masz za dużo prania w koszu, to oddaj do pck, przecież i tak już nie pamiętasz, co zostało na dnie...
8. Łazienkę szorujemy tak - dziecko + prysznic, zostawiasz na 10 minut, a potem wycierasz szmatką do sucha. Dziecko można pożyczyć od koleżanki. A jak jest dwójka, to nawet nie musisz wycierać, tylko najpierw wpuszczasz jedno, potem wrzucasz stertę ścierek, dziecko i kota i zamykasz drzwi. 
9. Pamiętaj, że pająki w naszej strefie klimatycznej nie gryzą. Chyba, że pajęczyna jest gęsta, a twoje terrarium stoi puste...
10. Kwiatki zbierają kurz. Jak już odkurzą za ciebie, to można je spłukać prysznicem w wannie raz w tygodniu, wtedy nie trzeba pamiętać o podlewaniu.
P.S jeśli robią się żółte, to nie znaczy, że trzeba je wyczyścić Cilitem, to znaczy, że syrop na kaszel, który przez ostatni tydzień piło twoje dziecko, nie jest ziołowy wcale i na pewno nie ekologiczny.

Dziękuję.

środa, 26 września 2012

Ekotrend - jak wywalić worek złota w błoto

Nadal mnie to bawi, jak ludzie muszą czymś usprawiedliwiać swoje gadżeciarstwo, tudzież zwykły ekscentryzm, jakkolwiek to brzmi. No bo czy znajdzie się ktoś, kto powie - kupuje energooszczędne żarówki, ponieważ w mojej ulubionej gazecie, napisali, że są ładne i były takie kolorowe zdjęcia... albo inaczej - kupuje dziecku takie modne drewniane zabawki, żeby te tandeciary z przedszkola, wiedziały co to wyższa klasa. No przecież, że nie. Jest na to usprawiedliwienie! Ekologia się nazywa. Mówi się - myję podłogę ekologicznie - sodą, bo moje dziecko ma uczulenie. Na co? I jak ty myłaś wcześniej tą podłogę, że było to szkodliwe dla dziecka?
Bo bycie ekorodzicem, to już w ogóle jest teraz dziki szał. Jedzenie - ekologiczne, wychowanie - ekologiczne, zabawy - ekologiczne, a w skrócie, to wygląda tak:

  • Używamy pieluszek wielorazowych, jak najwcześniej możemy zacząć wysadzać dziecko.
Wiem, przecież wiem, że sama nosiłam taka tetrę i dobrze było. Ale nie dajcie się zwieść. Tu nie chodzi o kawałek szmatki zapięty agrafką. Tu chodzi o dizajnerską pieluchę wielorazową, z kieszenią o taką. Niestety, te 80zł nie załatwia sprawy. Bo na dzień, dla średniego malucha potrzeba 3 takie pieluchy i 6 wkładów. Na dzień! Koszt? Wkład to 40zł, więc takie eko sikanie, kosztuje nas 480zł plus cała ta woda, która trzeba zużyć do prania. Chcę zobaczyć takie hardkorowe eko mamusie, jak piorą ręcznie te prawdziwe tetrowe pieluchy, jak je prasują, składają i jak je chętnie zmieniają przy ludziach - wtedy uwierzę, że to sprawa czysto ideologiczna. No i po co ja mam jak najwcześniej to biedne dziecko wysadzać?A zaraz, już wiem, jeśli ma iść na uniwersytet w wieku 6 lat, to dobrze by było, żeby w wieku 6 miesięcy, korzystało z dorosłej ubikacji...
W reklamach pampersów, mówią, że trzymają wszystko nawet 12 godzin. Chciałabym wyjaśnić, że to nie oznacza, zmiany pieluszki raz na 12 godzin, może dzięki temu, dzieci przestana dostawać niewyjaśnionych wysypek, branych za uczulenia, no i oczywiście, trzeba by też, trochę się wysilić, i odgadnąć do jakiego kontenera się wrzuca takie pampersy zużyte, no nie? Plastik? Papier? Odpady komunalne? Ja wiem, sprawdzałam, bo naprawdę interesuje mnie recykling, a nie moda.


  • Prowadzimy ekologiczny dom: wymieniamy chemiczne środki czystości na naturalne.
Sprawdzałam. Są takie orzechy piorące. Serio, wrzucasz orzech do pralki i jechane. Do końca świata się nie zużywa. Ale przy okazji tez nie dopiera, ani dziecięcych ubranek, ani białych rzeczy, ani nic po prostu, chyba, że by to była lekko zakurzona ekologiczna bawełna. Ma ktoś takie ubrania? To chętnie oddam tego orzecha, bo nie stac mnie na wymianę garderoby tak, żeby była w 100% z takiej bawełny. To powstało w założeniu po to, żeby pozbyć się chemii, proszku i płynów do płukania. Ok. Pralki tez radzę się pozbyć, bo bez odkamieniania długo nie pociągnie, choćby nie wiem co. A może by tak jeszcze bardziej rewolucyjnie, skoro kamień jest z wody, a chemia jest zła, wrzuć pranie do pustej miski, dołóż tego orzecha nieszczęsnego i zostaw na tydzień w schowku, może się wyczyści siłą woli.
Okna. Podobno można je myć woda octem i cytryną. Owszem, jak się mieszka w puszczy białowieskiej, to pewnie tak. Bo tu u nas w mieście są zupełnie nieekologiczne spaliny, których bez smug nie da się doczyścić ekologicznym sposobem. Sprawdzałam to również. Tydzień myślałam, że jest mgła. A potem kupiłam zwykły płyn do szyb, po którym plastikowe opakowanie używam do dziś, bo teraz kupuję koncentrat i rozcieńczam.
Za to zmywać, można w płatkach mydlanych, occie i sodzie. Spoko. W harcerstwie uczyli mnie zmywać w piasku nawet. I wody było trzeba mniej do zmycia tego piachu niż do zmycia tego cholernego mydła. O nalocie na szklankach nie wspomnę, na talerzach nie było widać, bo kolorowe, więc może to jakieś wyjście. A może najlepiej, byłoby ograniczyć swoją zastawę do niezbędnego minimum, i kupować wydajne, a nie reklamowane przez aktorów w tv, płyny do mycia?
Kwestia podłogi, pozostaje dla mnie zagadką. Jak to umyć sodą? No i czemu właściwie, czy czyjeś dziecko jeździ językiem po podłodze świeżo umytej cifem? Czy może zlizuje z zabawek mniej kurzu, roztoczy i bakterii, kiedy upadają na podłogę umytą szamańskim specyfikiem? Błagam...


  • Podajemy zdrową żywność: naturalne produkty, najlepiej kupione u sprawdzonych rolników, posiłki przygotowujemy w domu.
W domu? Poważnie? Na pewno nie w lesie? I na pewno nie muszę najpierw sama upolować tych posiłków?
Bo nie wiem, gdzie znaleźć sprawdzonego rolnika. Kupuję warzywa ze straganów. I z całego serca, współczuję tym, którzy jedzą te z hipermarketów. Ale co jeszcze mam zrobić? Jeździć po podwarszawskich wsiach i szukać dostawcy ekologicznej jagnięciny? Naturalne produkty... To już nie o to chodzi, że sa drogie, a są, jak by były pozłacane. Nasz organizm, jest tak skonstruowany, że radzi sobie z toksynami w niezbyt dużej ilości. Mam wrażenie, że mamy, zaopatrzone w sterylizujący wszystko dookoła spray o tym zapomniały. Jesteśmy świetnie skonstruowanymi maszynami, które są w stanie do wielu warunków się przystosować. To jak z tymi antybiotykami i sztuczną witaminą c. Nie biorę i choruję dwa dni, podczas gdy inni umierają na grypę dwa tygodnie, obłożeni stertą lekarstw. Chyba, że to taki punkt dla tych, którzy żywią siebie i dzieci "na telefon" a garnki w kuchni mają tylko do ozdoby. To rozumiem, dla nich naturalny produkt, to faktycznie mógłby być ketchup, przecież z pomidorów jest...


  • Zabawki z recyklingu: używamy do ich produkcji starych kartonów, butelek, rolek po papierze toaletowym - wszystkiego, co się nada.
- Co dostałaś na gwiazdkę, bo ja iPhona?
- A no, konika z rolek papieru toaletowego.

To jest fajna zabawa. Owszem. Ale robienie z tego standardu, już nie. Mam dać niemowlakowi karton do zabawy? Żeby go zjadł? Czy lepiej szklana butelkę, żeby potłukł? Bo nie plastikową przecież. Ekorodzic nie ma plastikowych opakowań. Mleko w szkle, sok naturalny w szkle, woda z filtra...
Dziecko w wieku przedszkolnym może się tym zainteresować, ale się nie zadowoli i nie da się tego uniknąć, chyba, że odizolujemy je w eko sekcie. Zmienimy mu szkołę, otoczenie, wypierzemy mózg, żeby było takie samo jak my. W końcu jest nasza własnością.


Kiedyś, ekologia, to była zwykła troska o naturę. Z tym mi się kojarzy. Z nieśmieceniem, nie wyrzucaniem makulatury i sprzętu elektronicznego do jednego worka, ze zbieraniem baterii, żarówek, oszczędzaniem wody, prądu, wyłączaniem telewizji ze stand by, z wyłączaniem ładowarek na noc, nie niszczeniem zieleni, z szacunkiem i jeszcze milionem pewnie, drobnych rzeczy, drobnych, które się sumują.
Dzisiaj, to marketing. Eko korporacje i recykling w sieciówkach, na chińskich T shirtach .




piątek, 21 września 2012

Włączyłam tv

Włączyłam. Tak sama z siebie. I nawet nie wiem po co.
Wiem za to, że agent Tomek, zdołał zrujnowac szanowane wydawnictwo z czterdziestoletnią tradycją, ot tak, jak gdyby inwigilacja była legalnym procederem i tak, jak byśmy żyli nadal w kraju rządzonym przez partie i ub. Tak, wiem, że są tacy, co piszą na murach "sb nadaj morduje". A ja głupia, myślałam, że to taka sobie rymowanka.
Poza tym, same "wstrząsające dramaty", "dramatyczne skandale" i "skandaliczne tragedie".
Jak zwykle, aparat urzędniczy, popisał się nadzwyczajną sprawnością. Żeby posiadac broń, trzeba się naprawdę wykazac, zdac milion testów, psychologicznych, z języka polskiego, biologii, tańca... Uzyskac tysiące pozwoleń, i przejśc setke kursów szkoleniowych. Ale co zrobic, żeby dostac pod opiekę dziecko i zostac rodziną zastępczą? Nic. No dobra, trzeba przejśc szkolenie, które nawet nie jest uniwersalne, bo każdy może sobie napisac program. Musi tylko zawierac kilka ważnych punktów i zostac zatwierdzony. Big deal. Jak wypożyczam płytę dvd z wypożyczalni, to mnie monitorują jak jakieś abw. Ale jak bierzesz dziecko, to raz na rok, sobie przyjdą sprawdzic, czy w ogóle jest. W godzinach pracy, czyli między 8 a 15, czyli jak dzieci są w szkole, czy przedszkolu. Więc się zdarza, raz na jakiś czas, a nawet normą chyba już to jest tygodniową, że sobie spadnie takie dziecko ze schodów, że się utopi, jak nie w domu, to w jeziorze... Zastanawia mnie tylko praca ekspertów sądowych, bo urzędnicy, to żadne zaskoczenie. Czy naprawdę tak łatwo pomylic dotkliwe pobicie z upadkiem ze schodów? I tak łatwo przeoczyc ślady poprzednich obrażeń? I don't think so...
Równie popularne, co dzieci, są ostatnimi czasy psy. I nie ma co się oburzac, że tak je obok siebie wymieniam, bo uważam, że te drugie, mają jednak trochę lepiej w życiu. Człowiek, to takie dziwne stworzenie. Udomawia zwierzę, żeby mu potem zwracac wolnośc. Całe wieki, psy trzymane były na wsi, nie do głaskania, tylko do pilnowania. Jasne, że może to nie fajnie tak w budzie i na łańcuchu. Tylko znów sie nie tak za to zabierają. Osiemdziesięcioletni rolnik, z dziada pradziada na wsi, nie zrozumie, czemu taka ładna Pani z tvn'u razem z tym Pirogiem, stoją mu pod bramą i się czepiają, że psa źle traktuje. Jak źle, jak karmi? Na noc spuszcza, a jak sie pod nogami plącze, to kaloszem zarobi, takie życie, wnuki też tak traktuje... A może by tak nie żałowac, najwyżej Prokop nie kupi sobie nowych conversów, i zafundowac milion dłuższych łańcuchów i milion lepszych bud? I zawieśc i dac i będzie psom lepiej, zamiast tej napompowanej, medialnej sensacji. O właśnie, tak apropo.
Wzruszająca, owszem historia ciężko chorego chłopca, któremu tvn zafundował Euro z wszelkimi atrakcjami, podpisy piłkarzy, na piłce, koszulce, na mamie. I wszędzie za nim z kamerą łazili. Oczywiście, bezinteresownie... A setki takich dzieci, umierają jednego dnia, z braku dostępu do leków. Im głupiego clowna do szpitala nikt nie ufunduje. Wiele kamieni wywołuje lawinę, pojedynczo żaden.

Podobno w Wielkiej Brytanii, ludzie koczowali w śpiworach żeby kupic nowe iPhony. Które nie różnią sie od poprzednich niczym, poza nieco większym rozmiarem. Ciekawe kiedy wypuszczą serię rzutników, bo to nudne tak plus centymetr na rok. No i najważniejsze, czy będą zrobione z tych miedziaków od Samsunga?


piątek, 14 września 2012

It's the End of the World as We Know It

(And I Feel Fine)

Musze poruszyć wreszcie ten niepokojący temat końca świata. To znaczy, nie tego końca świata, że przywali w nas jakieś ciało niebieskie, ani nie tego Majowego, ani nawet tego z filmu Melancholia (choć ten akurat, jest moim ulubionym pod względem scenograficznym). Mam na myśli ten zupełnie "naukowo stwierdzony" koniec świata. O tu Przebiegunowanie Ziemi w/g Patricka Geryla

Dla tych, którym się nie chce czytać, wspomnę, że ten pan jest astrofizykiem i matematykiem a nie żadnym nawiedzonym szamanem ani katolikiem. Czyli, to jeszcze gorzej. No bo, jako ateistce, pozostaje mi uwierzyć w naukę, czyli tym samym uwierzyć w jego słowa. A twierdzi on, między innymi, że będą gwałtowne erupcje na słońcu, które spowodują niezliczone katastrofy na ziemi. W ciągu kilku godzin. Jednego dnia. Naraz! Sama nie wiedziałam, czy najpierw zacząć robić zapasy, czy kopać bunkier na podwórku, bo czasu mam mało do grudnia. Ostatecznie, stanęło na przeczytaniu w trzy miesiące wszystkich zaległych książek, bo nigdy nie wiadomo, czy się jakaś księgarnia uratuje z tego pogromu.
Pan Geryl twierdzi, że ziemia się przebiegunuje, co dla mnie oznacza tyle, że odwróci się do góry nogami, czyli stanie na głowie. Wielkie rzeczy... Nadal przecież będzie północ i południe, tylko może w Anglii przestanie wreszcie tak padać. Podobno takie przebiegunowanie spowodowało zaginięcie Atlantydy, liczę więc na to, że przy tej okazji odnajdzie się znów. Coś jak taka szklana kula świąteczna, którą się potrząsa i wiruje w niej sztuczny śnieg, odsłaniając to, co wcześniej przykrywał. Tyle miłego, bo potem będzie podobno gorzej. Wybuchną wszystkie wulkany, a pył z nich na 40 lat zasłoni słońce (to będzie ten efekt sztucznego śniegu). Ciemność mi wcale nie przeszkadza, a moja bezsenność zostanie przynajmniej uzasadniona i usprawiedliwiona. Jak by tego było mało, spręży nam się powietrze, czyli murowane tornada, huragany i wielkie tsunami plus apokaliptyczne trzęsienia ziemi. Ok. A co będzie u nas? Wyleje Wisła, która przypomina na razie kałużę? Wybuchnie Giewont z którego wstanie nareszcie ten rycerz? Trzęsienie ziemi zepsuje nam Góry Stołowe i Błędne Skałki? No bo przepraszam, ale nie umiem sobie wyobrazić tsunami na Bałtyku, którego fale miałyby sięgać dwóch kilometrów. Chyba, że będzie to wyglądało, jak wychlupnięcie całej wody ze szklanki i nagle górale będą mieć plaże.
Jest jeszcze kilka "drobniejszych" katastrof, które wybitny Patrick Geryl przewidział. Cytuję:

  • Fala elektromagnetyczna zniszczy całą, istniejącą na Ziemi elektroniczną infrastrukturę. Zniknie nasza, oparta na komputerach, cywilizacja;
  • Co tam tsunami, co tam egipskie ciemności. Komputery! Telewizja! Kto nam będzie relacjonował potężne erupcje na drugim końcu świata, jeśli nie TVN? Mam ochotę zrobić okrutny żart 21 grudnia i wyłączyć korki w całym bloku.
  • Zniszczone zostaną zasoby żywności i źródła energii;
  • PGNiG wszystko przetrwa. Wiem, bo ciągle mi podnoszą stawkę, teraz już wiem po co, muszą się jakoś zabezpieczyć. Tak z dobrego serca, następny rachunek zapłacę miedziakami. Bo pieniądz straci wartość, a tak będą mieć przynajmniej surowiec. A zasoby żywności? Jestem fanką Bear'a Grylls'a. Karaluchy i skorpiony mogą podobno przetrwać nawet katastrofę atomową.
  • Zniszczona zostanie służba zdrowia, gdyż szpitale będą w ruinach;
  • Prosze Pana, proszę Pana... Całe NFZ jest w ruinie.
  • Zniszczone zostaną wszystkie elektrownie atomowe;
  • Mogę się mylić, ale jeśli to wszystko ma się stać na raz, to nie będzie już tylko depopulacja, ale katastrofa której nikt nie przeżyje. A tym samym, cała reszta skutków, będzie bez znaczenia. O ile oczywiście, założymy, że nie ma kosmitów.
  • Wszystkie, groźne dla życia produkty toksyczne z fabryk chemicznych, dostaną się do środowiska naturalnego i będą stanowić kolejne zagrożenie.
  • Wspominałam już o kosmitach?
Teraz Was trochę uspokoję. Nasz belgijski "naukowiec", jest owszem astrofizykiem, ale domowym, jak sam twierdzi, obalił słuszność teorii względności i zajmuje się opracowywaniem strategi przeżycia kataklizmu, budując jakąś bazę w Afryce. Jest także wegetarianinem, co dla mnie jest głównym wytłumaczeniem wszystkich jego teorii. Żywiony strączkami mózg pracuje gorzej i lepiej chłonie teorie wyższości zwierząt nad człowiekiem. Taki Noe proszę Państwa, dwudziestego pierwszego wieku. Założę się, że w swojej bazie zaszyje się ze zwierzakami ze schroniska. Jest też przy okazji całkiem niezłym biznesmenem, wypełniającym szczelnie niszę na "rynku katastrofalnym". W końcu on ma scenariusz działania. Według niego, trzeba sie ratować specjalnymi łodziami, które pewnie już zaczyna sprzedawać milionerom i scjentologom. Radzi tez uciekać w góry, co moim zdaniem jest dość niekonsekwentne. Nie chciałabym przeżyć apokaliptycznego trzęsienia ziemi na Czomolungmie. Za to wystosował jeden punkt, w swoim planie, który mi sie podoba najbardziej:

  • Ponieważ w górach Południowej Afryki, Peru, czy na innych terenach górzystych, osiem miliardów ludzi raczej się nie zmieści, w tej sytuacji najlepiej uciekać parami, lub w większych grupach męsko-damskich, aby po kataklizmie stworzyć nową cywilizację i ponownie zacząć zaludniać Ziemię.
  • Idźcie i kochajcie się, stworzymy nowy lepszy świat.
Dobra, pośmialiśmy się, a teraz tak na poważnie. Naprawdę radzę zacząć uciekać w góry i robić zapasy wody a także nieopodatkowanego jeszcze powietrza, bowiem 13 września przystąpiliśmy do ESA. Polska w kosmosie, to brzmi niepokojąco...